LISTOPAD- Kraków, gdzieś na parapecie

fot. widok z mojego parapetu- malutka kałuża w kształcie przypominającym wylewne serce

Siedzę na parapecie i czekam aż się porządnie ściemni. Siorbię głośno gorącą kawę z łyżeczką sterczącą prosto w oko i gapię się w niebo. Ma kolor brudnej ściery, z której raz po raz coś się odrywa i kapie. Na ziemi pani wchodzi do sklepu, sika pies, przejeżdżają samochody. Brudna szmata na chwilę rozdziera się i zagląda słońce. Snop światła przesuwa się powoli po ziemi jak wielki reflektor w teatrze. Błyszczą mokre dachy, kałuże zamieniają się w rozrzucone na ulicy lusterka. Zimno. Dwa żółte liście wiszące tu od początku lata, drżą na malutkiej brzozie. Te same prześwitujące ciałka, które wczoraj męczyły się na wietrze  nie mogąc spaść. Snop zbliża się do okna i pada na moją twarz, mrużę z zadowolenia oczy. Nie grzeje już, nie razi, jednak znajomy jasno- pomarańczowy kolor słodko przypomina lato, tak jak wtedy, kiedy przez skórę powiek podglądałam słońce. Światło gaśnie, słońce zabiera znów podniebna ściera. Potem obniża się coraz bardziej, staje się ciemna i zimna i wszystko zanurza się w niej. I pani i pies i samochody i letnie liście brzozy są koloru ściery.  Żeby tylko nie padało.

Reklamy

~ - autor: Ania w dniu Listopad 29, 2009.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: