WYŚCIGI

Godzina czwarta trzydzieści. Coś drży, robi się za głośno, otwieram oczy- to nie sen. Myję zęby, na pamięć maluję twarz, piję herbatę z miodem zamiast śniadania. Siedem po piątej. Nerwowo związane buty, niedopięta kurtka, biegnę na przystanek. Nocny do zajezdni… cholera! Gubię się w labiryncie koparek i dołów, za światłami wysiadam i czekam na litość numer pięćset dwadzieścia. Przyjeżdża spóźniona, powoli otwiera drzwi, z sykiem zamyka, rusza, snuje się po wielkiej budowie przy ulicy Marsa, w końcu powoli wyjeżdża na prostą. Śledzę każdy jej ruch. Aby nie zwariować przez dwadzieścia minut wymyślam, co zrobię, kiedy już wysiądę, sekunda po sekundzie, po kolei, jeszcze raz i tak w kółko- jak przed występem. Oddycham ciut za głęboko. Łudzę się- zdążę. Biegnę… Raz… Dwa… Trzy… Cztery…. jeszcze kilka metrów… Nie ma… Czyżby odjechał? Inny peron… Oddycham smrodem głęboko. Gdzieś w sobie czuję zdezorientowane serce, kurczy się- ledwo rozkurcza, wdech- wydech, skurcz- rozkurcz… wdech- wydech…puściło…uf…wdech…bezmyślnie staram się złapać rytm. Niemożliwe, że odjechał. Z każdą chwilą skurcze staja się coraz częstsze i mocniejsze jak silne uderzenia pięścią w brzuch… Jest! Pociąg do Krynicy!… zbiegam po ruchomych schodach.

Za brudnym oknem drugiej klasy świta. Gdzieś na polach i łąkach wścibskie słońce ściąga z ziemi kołdrę. Jej ciepła skóra wierci się i drży z zimna. Zasłonięte mleczną halką, spocone, oblepione zgniłymi liśćmi ciało powoli paruje.

Zamykam oczy i nie otwieram ich do samego Krakowa.

Leje. Po zeszłorocznym uroku tylko w mojej głowie pozostał ślad. O! Tu stała ta dziewczynka, która karmiła gołębie, a tu świeciło słońce. Tu teraz stoi namiot z informacją o Studenckim Festiwalu Piosenki. Ludzie ze szczelnie pozamykanymi twarzami na kilka kołnierzy, przytuleni do swoich czapek i szalików śledzą kilka centymetrów chodnika pod stopami.

Robi się coraz zimniej. W Warszawie świeci słońce.

Pytam panów policjantów o ulicę Kościuszki- niestety nie wiedzą, mówią, że nie są stąd… Skonsternowana i zziębnięta wchodzę na Grodzkiej w ciepły kąt z gorącą herbatą. Jestem pierwsza. W tle muzyka z filmu, który widziałam, i którego tytułu jak zwykle nie mam siły sobie przypomnieć. Przychodzą dwie klasyczne Rosjanki. Tłumaczą po angielsku swoje zamówienie. Rozglądam się w około. Przytulnie- jak lubię, są fotografie- jak lubię, przez szybę księgarnia- jak lubię i wielka kawa mielona (uwielbiam!). Zdaje się, że to o takiej atmosferze mówił Konrad, że w Krakowie wymarła. Za oknem leje, piję kawę, słucham (teraz już wiem, że to muzyka z filmu „Once”) i gapię się na zdjęcia. Nie chce mi się wychodzić. Dziesiąta. W kawiarni nie ma już wolnych miejsc. Ciekawe co na to Warszawa. Pan z obwarzankami klaruje trzy razy jak dojechać na Kościuszki, użeram się chwilę z automatem na bilety i kwadrans później jestem na miejscu.

Po kilku godzinach wracam. Opóźniony o czterdzieści minut pociąg nadal czeka na peronie na odjazd. Biegnę. Rozpędzam się bardzo powoli, plecak uderza we mnie raz z jednej raz z drugiej strony, bredzące o kiełbasie kobiety z siatkami odpychają mnie wzrokiem. W końcu udało się- biegnę przed siebie z całej siły jaką mam. Jest cholernie zimno, wiatr wpycha mi się do gardła bardzo głęboko. Boli. Zagląda pod kurtkę, sprawdza czy mam szalik. Nie mam. Wieje tak silnie aż mnie cofa. Skręcam. Uważnie zbiegam na dół i próbuję się ponownie rozpędzić. Wiem, ze za chwilę przestanę czuć nogi, nie wbiegnę, nie wejdę na górę. Ciągnąc poręcz, wdrapuję się na górę. Jest! Stoi, malutki jak klocek Lego konduktor z rękami w kieszeniach wypina się ze śmiechu. Biegnę jakbym co najmniej chciała mu się rzucić w ramiona. Czuję się jak we śnie, ciało już nie chce się słuchać. Drżącymi nogami wchodzę do środka, opieram się plecami o szybę, zamykam oczy. Czuję jak podłoga zaczyna się ruszać. Wielka, głucha, tępa cisza. A potem coraz szybciej spada stal na stal.

Przystanek w szczerym polu, tuż za zakrętem. Słońce powoli chowa się za plecami lasu. Szyny błyszczą na pomarańczowo jak dwa rude, grube włosy, które mu wypadły.

W Warszawie pada. Na przystanku zimne ognie witają pierwszy obślizgły początek zimowej jesieni.

***

Zimowa, obślizgła środa i wszystko popsute. Mój zegar w naprawie. Ścigam się z czasem, przeliczam sekundy na grosze, dni na tysiące, swoje szanse stawiam na jedną kartę… próbuję sobie powróżyć, co będzie w sobotę.

A jednak zima potrafi zaskoczyć nie tylko drogowców.

Reklamy

~ - autor: Ania w dniu Październik 18, 2009.

Jedna odpowiedź to “WYŚCIGI”

  1. Pięknie odmalowałaś ulotne chwile, niczym impresjonista. 😉 Spowite mgłą zdjęcia świtu lekko drgają. Ipresjonizm. Przepięknie…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: