PSIEJSKO- CZARODZIEJSKO… KUSFELD CZĘŚĆ 2

Tym razem bajki nie będzie. To był zlepek bardzo udanych chwil i już. I tak, raz przyglądaliśmy się z Padre jak panowie śmigają na skuterach i słuchaliśmy rozmów surferów pomiędzy rundami, innym razem bawiłam się w paparazzi, przyglądałam się jak tatowie puszczają córkom latawce, a potem młodzi zagrzebują się w piachu. Robiliśmy z Body fikołki i podskoki, jedliśmy naleśniki z anielicami i halibuta w koprze i niedobrą flądrę, naprawialiśmy anielicom samochód, Body właził do wody, zamontowaliśmy trąbkę od Serka i słuchaliśmy opowieści Pani Stefy, i… Ale wszystko od początku, to znaczy nie naraz. Chociaż tak naprawdę chronologia jest tu zbyteczna, czas bowiem w Kuźnicy nie istniał. Było jak na wakacjach kiedyś tam…. w dzieciństwie. Na wesoło, na luzie, wszystko jedno, czasem psiejsko- czarodziejsko…

Pojechałam do Kuźnicy wcale nie po to, by spotkać się z morzem. Chciałam po prostu odpocząć w doborowym towarzystwie Body’ego, Padre i Hanki z Aśką. Pospacerować, odetchnąć od spalin, nie spędzać ani odpędzać czasu, nie liczyć go, nie mierzyć ani nie ważyć. Tak po prostu i zwyczajnie beztrosko nacieszyć się chwilą, kiedy to w końcu można bezkarnie przeleżeć cały Boży dzień. Na dodatek w piachu, bo to nawet wypada, i pogapić się gdzieś i na kogoś… Toteż tym razem obyło się bez nostalgicznych podróży w siebie, myśli z głębin, bez prawd prosto w oczy, nawet bez koślawych wspomnień i rzewnych podsumowań oraz tego wszystkiego, o czym napisałam o morzu kiedyś tam.

Ale żeby nie było, że wszystko przewróciło się do góry nogami i żadnych repet nie było. Spacery przesłodkie były i owszem, i widoki też, piękne, nieziemskie, niezwykłe, niepowtarzalne. Jak zwykle. I tylko tam. Pierwszy taki widok podziwialiśmy przed piątą nad ranem, zaraz po przyjeździe. Wypakowaliśmy na moją prośbę tylko najpotrzebniejsze rzeczy (czyli prawie wszystkie), podziękowaliśmy jeszcze nieprzytomnej od snu Pani Stefie, która jedną ręką już podlewała swoje róże, a drugą trzymała szlafrok mocno pod szyją. I wcale nie chciała nam uwierzyć, że w Warszawie pada deszcz, więc lała i lała wodę w te róże taką wielką, blaszaną konewką. My też nie uwierzyliśmy, że nie spadnie deszcz, więc powiedzieliśmy Padre dzień dobry- dobranoc, chwyciliśmy się za ręce i pobiegliśmy na wschód (słońca oczywiście). Potem, gdy zachodziło, chodziliśmy raz na jedną, raz na drugą stronę- z Zatoki na plażę, trzysta metrów w te i we wte i wszędzie było ach! i och!

Słodycz pejzaży równoważył widok ptaków jedzących ryby. Nie mówię o młodych łabędziach w Zatoce wiecznie z wystającymi kuprami, z głowami pod wodą. Chodzi mi o tego ptaszka poniżej. I tak, raz siedzieliśmy z Padre w porcie i oglądaliśmy jak szarpał za głowę wijącą się z przerażenia rybę, obracał ją w dziobie, miażdżył i memłał, aż ją- tę głowę na tyle zmasakrował, że udało mu się ją- tę rybę, wepchać sobie całą do gardła, że tylko ogon mu z dzioba wystawał. A potem pływał spokojny, że mu już zdobycz z szyi nie wyskoczy, ani się w niej rzucać nie będzie i cierpliwie czekał aż ruch robaczkowy wyciśnie mu ją z szyi prosto do brzucha. Za chwilę jego ciało znów wróciło do swoich kształtów, a głowa pod wodę…. Padre się uśmiechnął: „Patrz Ania, taki mały ptaszek, a na pewno już zjadł co najmniej ze cztery takie ryby i nadal poluje, a my już po jednej dziękujemy, hmmm?…” Uśmiechnęłam się również, ale przez następne kilka godzin z góry za wszystko dziękowałam.

Dopiero wieczorem na późny obiad zamówiliśmy ryby. Starałam się zapomnieć o ptaszku i myśleć o koprze. Tak, o koprze, bo najlepsza ryba to halibut w koprze- w porcie we Władku (znanym jako Władysławo) na ul. Portowej 15. I tylko tam. Jeśli ktoś ma inne zdanie, to bardzo dobrze, zapraszam, niech się pochwali, sprawdzę. Jadłam ryby i w Jastarni, nawet w Kuźnicy, i na Helu, i innych lokalnie otwartych „smażalniach”, i po kilku wizytach w tej części ojczystego wybrzeża nadal uważam, że są tylko dwa rodzaje halibuta w koprze. Z Władka i nie z Władka. I na tym kończą się zalety tego miasteczka. A! Przepraszam, ma też bankomaty. I basen. Podobno olimpijski. Ale o tym innym razem.

Reklamy

~ - autor: Ania w dniu Czerwiec 9, 2008.

Komentarze 4 to “PSIEJSKO- CZARODZIEJSKO… KUSFELD CZĘŚĆ 2”

  1. Śliczny jest ten collage z Tobą skaczącą!
    A z ryb, to flądry też są dobre, prawda? 🙂

  2. nie wiem, przecież ja ich finalnie nie zjadłam 😛

  3. Mnie się najbardziej z całej notki podobają zdjęcia „skakane” i w życiu bym nie pomyślała, że to z nad polskeigo morza.
    Natomiast psiejsko-czarodziejsko może być jak się sobie zafunduje psa :> Polecem serdecznie zafundowanie sobei małej Skarboneczki 🙂

  4. dziękuję 🙂 zdjęcia i owszem- są znad polskiego morza.A co do Pankracego…chyba już z niego wyrosłam 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: