Reminiscencje…

CHODZIŁO MI O TO, ABY JĘZYK GIĘTKI NIE POWIEDZIAŁ TEGO, CO POMYŚLI GŁOWA…3.jpg

czyli reminiscencje powstania artykułu „ODKRYJ FORMUŁĘ CZERNI” marzec 2007

Zaczęło się od zwykłych poprawek redaktorskich, a następnie prezentacji własnej formuły. Pomysł był niezły- gimnastyka języka, gra słów, impresja marzeń i skojarzeń. Wykonanie… okazało się walką z czasem, niecierpliwym poszukiwaniem formy i wyrazu, słów znanych i zapomnianych, dłubaniną w stylistyce i finezji języka, rzemieślniczą precyzją konstrukcji i form. Wszystko po to, aby stworzyć luksusową efemerydę, tajemniczą, czarującą postać lady M. zamkniętą w sztywnej formule zlecenia. Mozolnie, słowo po słowie, literka po literce, zdania grzęzły nie mogąc się wysłowić. Mijały godziny, aż w końcu na ekranie zaczęło się pojawiać coraz więcej małych czarnych znaków, kropek przecinków, ekskluzywnych zapożyczeń i nazw własnych.

Po paru godzinach drobiazgowej dłubaniny i językowej ekwilibrystyki ekran od góry do dołu skrzył się ekskluzywną i wyszukaną elokwencją w najmodniejszym stylu – Tahoma rozmiar 12. Tak powstała przepiękna i najbardziej tajemnicza lady Monako w wersji barokoko. Beztroska, pachnąca i roześmiana piękność- ekskluzywna lala, niedostępna i uwodzicielska wdzięcznie przechadzała się ulicami, królowała na wyścigach i nocnych balach. Rozdając uśmiechy, wszędzie i wszystkim wymachiwała przed nosem litrową butelką najlepszej szkockiej whisky.

Krytyka orzekła, że i owszem macha z gracją, ale przecież, ku zdziwieniu stwórcy, miała być mężczyzną i to w wersji on the rock! Na pocieszenie, zamiast kiecki może dostać porsche i kilka dodatkowych snobistycznych metek.

Po kolei odpadały językowe koronki i falbanki, wyszukane komplementy zastąpiono sprawdzoną zawodową nowomową. Porwane włókna tekstu chirurg amator przerobił i zasznurował w sztywny gorset zamówienia. Naszkicował wytrawnych graczy i amatorów samochodów, yachtów i wyścigów, którzy mrużąc oczy drzemali na elitarnych przyjęciach w oparach najlepszego alkoholu. Po czym poddał się, gdyż, jak wiadomo, ciężko z dojrzałej i próżnej kobiety na siłę zrobić mężczyznę, nawet pełnego ąsów i dąsów, bez pretensji zachowując prostotę i styl.

Tekst ledwo przeżył…. Sir Monako po przejściu wielu operacji i amputacji najpiękniejszych i najwspanialszych, porąbany na kawałki, obdarty z płci, po starannym demakijażu, pojechał do druku.

Pokaz próbny miał się odbyć w pewnym zacnym miejscu. Sir wywieziony daleko, miał bawić najświetniejsze uszy, ale nie ze względu na ich wielkość i wagę, lecz złożoność i subtelność ich przeznaczenia. Okazało się, że niektóre szczegóły są zbędne do prawidłowego sformułowania zgromadzonych i prezentacji stylu, toteż dobrze by było gdyby Sir jednak odmetkować, zostawiając only black label oraz wyposażyć w dodatkową parę rąk, a do każdej wepchnąć whisky. Sir Monako miał ogromna tremę przed prezentacją, w przeciwieństwie do swego anonsjera. Autor miał kibicować cichutko zaciskając pięści wśród tłumu.

Po cichutku, po malutku doturlaliśmy się do celu. Niepostrzeżeni przez dziennikarzy, witani przez organizatorów weszliśmy do czarnego tunelu. Potem jeszcze jeden zakręt i jeszcze jeden, dwie sale, trzecia i…o! Ku uciesze, wielce spragnieni, zauważyliśmy baaaaar. To znaczy taki duży stół, gdzie, jak w szkolnej stołówce, równo w rzędach stał zimny kompocik – w wersji żółty sour or melting on the rock. W międzyczasie, delektując się tą, jakże subtelną różnorodnością smaków, pochłanialiśmy niezliczone kupki: kulek, kuleczek kwadracików, koreczków z patyczkiem, rybich jajeczek, trójkącików z melona, sushi na sucho, serów na zimno. Zaspokoiwszy silną potrzebę żołądka i pierwszą ciekawość podniebienia, wśród kamer i błysków fleszy rozejrzeliśmy się barbarzyńsko po sali. Kreci wzrok nawet zauważył kilka gwiezdnych twarzy. Bez centymetrowej warstwy pudru wyglądały tak normalnie, że aż przeciętnie. Między nami a nimi wiły się wielkie, piękne hostessy w wielkich, pięknych kapeluszach, rozdając wszystkim wielkie, piękne uśmiechy i żółte, zimne kompociki. W pewnym momencie synchronicznie rozsunęły się zasłony, zagrały światła, zagrzmiały instrumenty, wszystko razem pełne grozy zwiastowało rozpoczęcie gali. Nagle na sali ktoś groźnie ryknął prozą próbując uciszyć rozszemranych gapiów. Teatralnie zawodząc, rżnął tekst bezlitosnym staccato próbując w ten sposób wepchnąć wszystkim do uszu jazgot bolidów wymieszany szumem Morza, do ust smak palonego torfu, a rozbiegany wzrok związać formułą czerni. Slajdy błyskały na ścianach, roznegliżowane panie kręciły się w kółko, wijąc się pod sufitem. Autor przestraszony, zamotany i zawstydzony schował głowę w dłoniach. A kiedy już wszystko ucichło, otworzył oczy i zobaczył młodego blondyna, jak na kreci wzrok- niesłowiańskiej urody, który grzecznie się przedstawił, chyba po angielsku, zaproponował wszystkim po imprezie taksówki i szybko zszedł ze sceny. Hmmm Ba!…Gdyby miał na myśli swojego bolida, na pewno nie powiedzielibyśmy „nie”. Niestety, po chwili było jasne, że taki Pan ani taksówki nie zamówi, ani nigdzie nie zawiezie, ani kompociku nie da, może co jedynie łaskawie pozować do zdjęć i niedbale kreślić autografy. Zamknięci w hermetycznej formule czerni, przez kolejne godziny leniwie wędrowaliśmy bez celu, odwiedzając co jakiś czas „miejsce widokowe” i mrużąc wypatrywaliśmy gwiazd. Wszystkich powracających pocieszały lodowatym kompocikiem panie w wielkich, pięknych kapeluszach. Organizatorzy instynktownie wyczuwając coraz silniejszą potrzebę gości do odformułowania się, otaczali coraz czulszą opieką ich puste żołądki (nota bene łosoś na ciepło był niesamowity!), wybredne uszy (niestety DJ Marysia chyba za baaaardzo się sformułowała, a potem jej się niestety konsola popsuła) i oczy (slalomem wśród krzeseł -w wykonaniu zespołu tanecznego dziewcząt bez chłopców, występ męskiej grupy cyrkowej i kija, a na koniec pokaz karnawałowych strojów brazylijskich tancerek samby. Brawa dla organizatorów….).

Mocno po północy, prawidłowo już sformułowani i wystarczająco pocieszeni, sami sobie zamówiliśmy taksówki i sami sobie pojechaliśmy do domu. Autor sam poszedł sobie spać, śniąc o Sir księciu i zaczarowanej formule, która zabierze go w świat, w którym wystarczy samemu sięgnąć sobie ręką po sukces w czerni …

„Koniec i bomba kto czytał ten trąba”…

Reklamy

~ - autor: Ania w dniu Lipiec 2, 2007.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: