Autobusy

Autobusy

Po okresie majowego odpoczynku od wielkomiejskiego horroru komunikacyjnego, przyglądając się uważnie naszym warszawskim autobusom, odnoszę nieodparte wrażenie, że są one jakimś kosmicznym tworem. Kombinacją podobno przyzwoitych europejskich standardów podróżowania i socjalistycznej, mocno wysłużonej tandety, ratowanej z taką desperacja i pomysłowością jak to tylko Polak potrafi. Wystarczy przesiąść się z jednego autobusu do drugiego, aby mieć wrażenie, że oto w jakiś cudowny sposób przenieśliśmy się w czasie o jakieś 60 lat.

Początek podróży o 7 rano przyprawia o mdłości. I to bardzo dosłownie. Wsiadam do autobusu, chyba pierwszego niskopodłogowego jaki pamiętam. Nadal jeździ i, dzięki panom serwisantom, ma się niestety dobrze. Siadam na zdecydowanie za miękkim siedzeniu. Za chwilę opiera się o mnie tęgi jegomość i zaczyna  mościć się bardzo intensywnie, jakby to co najmniej było kurze gniazdo, a nie bardzo zwykły środek transportu. Pan się mości, autobus szarpie raz do przodu, raz do tyłu, ja dostaje torsji, a przed nami korek na sto samochodów. Nie wytrzymuję, ulegam pokusie i z impetem odpieram atak na swoje plecy. Za moment przystanek, Pani zmienia Pana, opieramy się, mościmy, rzuca nami jak kartoflami. I tak bujamy się kilka przystanków, aż w końcu wysiadam. Nareszcie…

Przesiadka. Tym razem autobus nowoczesny z przyciemnianymi szybami, widać, że z XXI wieku. Niskopodłogowy, czyli taki ze schodami, ale w środku i podobno klimatyzacją, z pozaklejanymi szybami reklamą ekspresowej zupy w proszku. Miejsc siedzących brak. Miejsc stojących mało. Jest za to dużo za dużo -zapachów, ludzi, gazet, wózków i siat. Powietrze jest (a w zasadzie go nie ma) gorące. Z ciał uwalniają się różne zapachy i bardzo kwaśne, skomplikowane związki chemiczne. Zapach perfum mdli wymieszany z oparami czterdziestoprocentowego alkoholu. Pani do biura, pan z pracy, baba z siatą, rozgadana młodzież szkolna i ja. Napisane, że nas klimatyzują non stop, w związku z tym okna są szczelnie zamknięte, na wszelki wypadek zablokowane. Jedyny sposób, by zaczerpnąć powietrza, to otworzyć drzwi. Wówczas należy nacisnąć gorący guzik i niezwłocznie opuścić pojazd zanim zrobi się przeciąg i wywieje całą tę cenną zawiesinę gazów. Kierowca niecierpliwie dzwoni. Nowi pasażerowie na początku się cieszą, że zdążyli na autobus, jednak pięć minut później po ich minach widać, że wszystkich najchętniej wyrzuciliby przez okno. Półmetrowa przestrzeń intymna nie istnieje. Nad siedzącymi stado stojących sępów.  Wszyscy sapią, niecierpliwią się, ocierają, śpią, czytają, niektórzy próbują rozmawiać, a najbardziej pragną natychmiast wysiąść. Aby nie ulec powszechnej psychozie, wyglądam przez okno. Szyby są brudne i zakurzone oblepione reklamą w kropki. Bolą oczy. Na wszelki wypadek jest tablica informacyjna i już wiem gdzie jestem, kiedy i kto obchodzi imieniny. Wszystkiego najlepszego… Rozglądam się dookoła. Siaty, graty, miękkie siedzenia z rozmazaną gumą do żucia. Pojedyncze i podwójne, tuż za kierowcą nieco większe, w rozmiarze XXL- dla matki z dzieckiem, staruszka z laską, dla baby z siatą- szkoda, że tylko jedno… Wszystkie zajęte, „na gęsiego” i naprzeciwko siebie (takie, na których nie wiadomo co zrobić z nogami, żeby nie opleść nimi sąsiada, albo na niego nie wpaść wysiadając)- bardzo nowoczesne, integracyjne siedzenia. Podłoga też jest nowoczesna, pochyła- idealna dla pasażerów z jedną nogą o połowę krótszą. Drobiazg, że stanowią  oni mniejszość. Dla większości pełnosprawnej pozostaje po pochyłej szybko zbiec do wyjścia, bo ustać się nie da. Z tyłu pięterko siedzeń, niczym gniazdo- dla umiejących lawirować pomiędzy schodami i nogami podczas jazdy. Naprawdę pomysłowy wynalazek, praktyczny i bardzo nowoczesny.

Po godzinie z ulgą koniec podróży spędzam w starym, zdezelowanym Ikarusie. Przeciąg niesamowity, ołowiane powietrze swobodnie wpada oknami i wypada dziurami w przegubach. Baby trajkoczą, dzieciaki się drą, młodzież się uczy. Pięknie! Z ulgą znajduję znaną mi lukę, gdzie można spokojnie doczekać końca trasy. Autobusy Ikarusy. Ich nazwa bynajmniej nie ma żadnego związku z mitycznym latającym Ikarem. Pojazd ten twardo trzyma się ziemi i wpada z łomotem w każdą z dziur na naszej połatanej nawierzchni To nic. To nic, że czasem trzeba w nich stać z otwartym parasolem, a zimą można zamarznąć. W upalne lato ten muzealny podziurawiony gruchot jest jedynym znośnym środkiem transportu przez naszą kochaną, wiecznie zakorkowaną Warszawę.

Reklamy

~ - autor: Ania w dniu Czerwiec 29, 2007.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: