ZOBACZYĆ LICHO NA WŁASNE OCZY

•lipiec 15, 2008 • 1 komentarz

Jakiś czas temu zepsuły mi się oczy. Coraz częściej wieczorami świat przypominał rzewnie zamglone zjawy, jak filmowe retrospekcje z taniego, sentymentalnego filmu. Wszystkie szczegóły i krawędzie przenikały do zewnątrz. Miałam wrażenie jakby mi ktoś przed nosem postawił tłustą szybę. Nie raz stałam w super, hiper, albo zwykłym markecie i mrużąc idiotycznie oczy (jakby to cokolwiek pomagało) pytałam co dają w tej alejce, i co tam jest napisane tymi czarnymi, wielkimi literami… Autobusy zaczęły jeździć z tymi samymi numerami,  ludzie wyglądać tak samo. Kiedy skóra pod oczami zaczęła się krzywić i marszczyć, pod wieczór wyglądając jak porysowane szkło, postanowiłam sprawić sobie okulary (eh my kobiety…).

***

Ilość informacji była porażająca. Jadąc przez centrum miasta, czułam się jakbym była tu po raz pierwszy. Z dziecięcą radością, co najmniej jak wówczas, gdy uczyłam się składać litery w wyrazy, przeczytałam wszystkie reklamy. Wiedziałam, że wiszą tam już od miesiąca. Poznawałam znajome robaczki na rozkładach jazdy pociągów i numery autobusów. Raz weszłam do Złotych Tarasów. Zamiast drżącej kolorowej plamy, kołysała się na przeciwko mnie wyraźnie piękna kobieta z kolorowymi kolczykami w uszach i apaszką na szyi w motyle. Pan, również piękny, trzymał ją za rękę i mruczał coś zerkając na nią nieśmiało. Na ruchomych schodach inny Pan, w nienagannie uprasowanej koszuli zapinanej na zielone spinki, trzymał w ręku “Politykę”. Pani przede mną rozpiął się guzik w sukience. Dalej przed drzwiami obrotowymi dziewczyna przewracała oczami stojąc bokiem do młodzieńca, niezadowolona widać…. W końcu w kinie siadłam razem z innymi w środkowym rzędzie… Aaaaaaa potem zakręciło mi się porządnie w głowie…Pod wieczór rozbolała na dobre.

***

A jednak… nadal miałam wrażenie, że dzieli mnie od świata kolejna szyba. Tym razem okrągła, w kształcie wielkiego, szklanego oka z metalowymi rzęsami i trzymadłem za uszy. Grzecznie, podczas każdej rozmowy, zdejmowałam te sztuczne oczy by nie obrazić rozmówcy (tak mi się ubzdurało). Aby zerknąć na przystojnego mężczyznę, musiałam się cała obrócić i, dosłownie- bezczelnie, zawiesić na nim wzrok….  Świat widziany szklanym okiem-olbrzymem owszem był bardzo pięknie drobiazgowy, ale fragmentaryczny, jak wielki odprysk rzeczywistości obserwowany pod lupą…(to chyba tak samo jakby mieć oczy bardzo głęboko wepchnięte w twarz). Moja zdolność widzenia subtelnych drobiazgów, czytania między tak zwanymi wierszami, wyczuwania “podszewki” rzeczywistości zmalała drastycznie. Nie widziałam – nie wiedziałam. Pozostałe zmysły się nie wyostrzały, nie pomagały. Późnym wieczorem, gdy moje ciało leżało zmęczone, gotowe do popadnięcia w stan błogiej nieprzytomności, mój mózg, najpierw użerał się się z moją niemocą popadnięcia, a potem gdy w końcu popadłam, gryzł, memłał, dławił się tą ciężkostrawną papką mleczno- kolorowych okruchów dnia. Nie raz przewracając się z boku na bok, popadając i popadając, ale w sen popaść nie mogąc, wsłuchiwałam się w desperacką gonitwę szarych komórek…

***

Napawdę bardzo starałam się nie uzależnić od tego sztucznego oka, by jeśli okulary licho porwie, nie zwariować. Nie muszę mówić jak się szuka okularów bez okularów…

Minęło trochę czasu, przyszło licho, porwało i uciekło…. I znów jest wesoło :)

ŚMIERĆ W MOIM DOMU. NATURALNA

•lipiec 7, 2008 • Dodaj komentarz

Raz widziałam ją w tramwaju wędrującą pomiędzy drugim a trzecim akapitem grubej książki o Biegunach. Potem, wyskoczyła z moich włosów na poczcie i usiadła na marginesie lewej strony. Przedwczoraj zalazłam ją taką bezbronną w gąszczu kwiatów, kołyszącą się na liściu surfinii.

Miały najwyżej dwa milimetry wielkości. Zjadły je jakieś szybkie owady po tym, jak zostały wyrzucone przez okno.

Mieszka pomiędzy jałowcem a brzoskwinią. Zjada tłuste muchy na obiad i to co one zjadają wcześniej kotom, albo po kotach… Na zdjęciu ma już w brzuchu: muchę, serce kurczaka, “po kotach” (potocznie zwane kupą), niezidentyfikowane ulepszacze do drobiu, robaki … co najmniej. Żyje i ma się dobrze.

To jest Mały juz duży i jego dzisiejszy obiad.

GŁUPIE I BRZYDKIE c.d.

•czerwiec 24, 2008 • 2 komentarzy

Kontynuacja brzydkich, bo robionych aparatem telefonicznym i głupich zdjęć. Mi się podoba :)

ulica Bora- Komorowskiego w Warszawie

skrzyżowanie ulic Marsa i Chełmzyńskiej w Warszawie. Na tym placu kiedyś był parking. Na miejscu tzw biura można teraz wygodnie usiąść i przyglądać się codziennym korkom ulicznym i niecodziennym wypadkom.

A to najciekawsze znalezisko i jedna z najciekawszych bzdur. Poczta Główna w Warszawie. Wyobrażam sobie, że jestem niepełnosprawna i jeżdżę na wózku inwalidzkim. Aby zmieścić się do tej budki, muszę wstać z wózka i stanąć na czyiś zdrowych nogach, wejść i podnieść rękę, aby dosięgnąć aparatu telefonicznego. No chyba, że to na tym stanowisku jest, jak sama nazwa wskazuje, aparat, który automatycznie sam wykona za mnie połączenie…

Bardzo praktyczny sklep przy ulicy Potockich. Tu kupisz wszystko. Nie masz z kim zostawić dziecka, a musisz naprawić samochód? A na dodatek kupić prezent po drodze? Zapraszamy do Marysina w Warszawie Auto części, upominki, zabawki a…po wejsciu do sklepu wiele innych niespodzianek

Poniżej zdrobnienia dla dorosłych :)

Co można znaleźć na strychu? Na przykład dziwnie ogromną żarówkę- działa! :)

Ciekawostka z ostatnich dni. Jest piękny poranek. Sama w domu. Ktoś dzwoni do furtki i strasznie ciśnie dzwonek jakby się paliło. Zostawiam gary i biegnę z cieknącą pianą po rękach do furki. Młody Pan w odświętnym garniturze patrzy wymownie na moje wielkie, jasnoróżowe kapcie z lśniącym sercem, które Body w afekcie podarował mi na Gwiazdkę, i nie odrywając od nich wzroku bardzo poważnym tonem mówi “Chciałbym rozmawiać z właścicielem tej posesji”… Odpowiadam “Tak, słucham Pana…”. On trochę zmieszany pyta, czy słyszałam o nowej telewizji “N” … A że mi się coś obiło o uszy, więc mówię niepewnie “Taaak, a co?” Na co Pan pewnym ruchem ręki, wcale nie patrząc w moją stronę, szarpie za klamkę i  cedzi  “To ja wejdę i wszystko Pani dokładnie wytłumaczę”. Zamknięte. Uśmiecham się słodko i mówię, że ja dziękuję, że nie mam telewizora i wcale go nie potrzebuję…Pan rozgląda się po ogródku i mówi z dumą “To nic, jak Pani skorzysta z oferty, to na pewno kupi Pani telewizor. Chociażby po to, aby zobaczyć za co Pani płaci…Zapewniam Panią!”…

Wybuchnęłam serdecznym śmiechem. Pan niczym nie zmieszany, ukłonił się i odszedł bardzo zdziwiony…

:)

PSIEJSKO- CZARODZIEJSKO… KUSFELD CZĘŚĆ 2

•czerwiec 9, 2008 • 4 komentarzy

Tym razem bajki nie będzie. To był zlepek bardzo udanych chwil i już. I tak, raz przyglądaliśmy się z Padre jak panowie śmigają na skuterach i słuchaliśmy rozmów surferów pomiędzy rundami, innym razem bawiłam się w paparazzi, przyglądałam się jak tatowie puszczają córkom latawce, a potem młodzi zagrzebują się w piachu. Robiliśmy z Body fikołki i podskoki, jedliśmy naleśniki z anielicami i halibuta w koprze i niedobrą flądrę, naprawialiśmy anielicom samochód, Body właził do wody, zamontowaliśmy trąbkę od Serka i słuchaliśmy opowieści Pani Stefy, i… Ale wszystko od początku, to znaczy nie naraz. Chociaż tak naprawdę chronologia jest tu zbyteczna, czas bowiem w Kuźnicy nie istniał. Było jak na wakacjach kiedyś tam…. w dzieciństwie. Na wesoło, na luzie, wszystko jedno, czasem psiejsko- czarodziejsko…

Pojechałam do Kuźnicy wcale nie po to, by spotkać się z morzem. Chciałam po prostu odpocząć w doborowym towarzystwie Body’ego, Padre i Hanki z Aśką. Pospacerować, odetchnąć od spalin, nie spędzać ani odpędzać czasu, nie liczyć go, nie mierzyć ani nie ważyć. Tak po prostu i zwyczajnie beztrosko nacieszyć się chwilą, kiedy to w końcu można bezkarnie przeleżeć cały Boży dzień. Na dodatek w piachu, bo to nawet wypada, i pogapić się gdzieś i na kogoś… Toteż tym razem obyło się bez nostalgicznych podróży w siebie, myśli z głębin, bez prawd prosto w oczy, nawet bez koślawych wspomnień i rzewnych podsumowań oraz tego wszystkiego, o czym napisałam o morzu kiedyś tam.

Ale żeby nie było, że wszystko przewróciło się do góry nogami i żadnych repet nie było. Spacery przesłodkie były i owszem, i widoki też, piękne, nieziemskie, niezwykłe, niepowtarzalne. Jak zwykle. I tylko tam. Pierwszy taki widok podziwialiśmy przed piątą nad ranem, zaraz po przyjeździe. Wypakowaliśmy na moją prośbę tylko najpotrzebniejsze rzeczy (czyli prawie wszystkie), podziękowaliśmy jeszcze nieprzytomnej od snu Pani Stefie, która jedną ręką już podlewała swoje róże, a drugą trzymała szlafrok mocno pod szyją. I wcale nie chciała nam uwierzyć, że w Warszawie pada deszcz, więc lała i lała wodę w te róże taką wielką, blaszaną konewką. My też nie uwierzyliśmy, że nie spadnie deszcz, więc powiedzieliśmy Padre dzień dobry- dobranoc, chwyciliśmy się za ręce i pobiegliśmy na wschód (słońca oczywiście). Potem, gdy zachodziło, chodziliśmy raz na jedną, raz na drugą stronę- z Zatoki na plażę, trzysta metrów w te i we wte i wszędzie było ach! i och!

Słodycz pejzaży równoważył widok ptaków jedzących ryby. Nie mówię o młodych łabędziach w Zatoce wiecznie z wystającymi kuprami, z głowami pod wodą. Chodzi mi o tego ptaszka poniżej. I tak, raz siedzieliśmy z Padre w porcie i oglądaliśmy jak szarpał za głowę wijącą się z przerażenia rybę, obracał ją w dziobie, miażdżył i memłał, aż ją- tę głowę na tyle zmasakrował, że udało mu się ją- tę rybę, wepchać sobie całą do gardła, że tylko ogon mu z dzioba wystawał. A potem pływał spokojny, że mu już zdobycz z szyi nie wyskoczy, ani się w niej rzucać nie będzie i cierpliwie czekał aż ruch robaczkowy wyciśnie mu ją z szyi prosto do brzucha. Za chwilę jego ciało znów wróciło do swoich kształtów, a głowa pod wodę…. Padre się uśmiechnął: „Patrz Ania, taki mały ptaszek, a na pewno już zjadł co najmniej ze cztery takie ryby i nadal poluje, a my już po jednej dziękujemy, hmmm?…” Uśmiechnęłam się również, ale przez następne kilka godzin z góry za wszystko dziękowałam.

Dopiero wieczorem na późny obiad zamówiliśmy ryby. Starałam się zapomnieć o ptaszku i myśleć o koprze. Tak, o koprze, bo najlepsza ryba to halibut w koprze- w porcie we Władku (znanym jako Władysławo) na ul. Portowej 15. I tylko tam. Jeśli ktoś ma inne zdanie, to bardzo dobrze, zapraszam, niech się pochwali, sprawdzę. Jadłam ryby i w Jastarni, nawet w Kuźnicy, i na Helu, i innych lokalnie otwartych „smażalniach”, i po kilku wizytach w tej części ojczystego wybrzeża nadal uważam, że są tylko dwa rodzaje halibuta w koprze. Z Władka i nie z Władka. I na tym kończą się zalety tego miasteczka. A! Przepraszam, ma też bankomaty. I basen. Podobno olimpijski. Ale o tym innym razem.

EURO 2008 KOMENTARZE

•czerwiec 7, 2008 • 1 komentarz

Mecz Czechy : Szwajcaria 7 czerwca 2008

” … (To) bardzo szybki, błyskotliwy czteroletni piłkarz biegający tyłem do bramki…”

“… Strzał!…Gol!…I nie ma bramki…”

Jeden komentator pyta drugiego: ” …Nie trafił w piłkę, nie…?”

” …I piłeczka przeleciała obok bramki”

“…Jakby miał jakiś przylepiec, dołaczał do Jana Kollera”

“…Wszedł na boisko, strzelił bramkę i na razie bardzo dobrze wygląda”

16 GODZIN NA POLSKICH DROGACH- KUSFELD-CZEŚĆ 1

•maj 26, 2008 • 2 komentarzy

Od tygodnia nie myślałam o niczym innym. Kuźnica!! Kuźnica!! Kuźnica!! Poniedziałek… wtorek… środa!! Jedziemy!!!

Wieczorem pakowanie. Oczywiście na szybko, oczywiście na ostatnią chwilę- oczywiście wzięłam za dużo. Wrzuciliśmy wszystko Lali do brzucha. Na przekąskę piłkę, buty, lornetkę i inne rzeczy Body’ego, na główne danie mój mały niezbędnik, a potem rękami upchaliśmy na deser trochę jedzenia. Lala zaczęła dawać oznaki lekkiej niestrawności, toteż kolejny niezbędnik zabraliśmy do środka, a Gila i Stratos zostali przywiązani do dachu.

Wyjeżdżamy późnym wieczorem.

Podróż zawsze kojarzy mi się z wielkim zdziwieniem. Nie rozumiem, czemu wszystkim się tak spieszy…na tamten świat (na tak odnowionej tzw polskiej drodze to chyba już wstyd!). Na trasie obok Łomianek zwalniamy. Korek. Każdy ogląda samochód w rowie. Hanka z Aśką, które wyjechały wcześniej, przynoszą dobre nowiny, że będzie coraz gorzej, że wyprzedzają się na czterech, że przed Płońskiem pada deszcz, że wielki korek, że TIR w rowie połamał drzewa… I tak było.

Na poziomie Ostródy wielki korek i postój. Po pięciu minutach biorę Body’ego za rękę i biegniemy zobaczyć, co się stało. Oczywiście kolejni w rowie. I już wiemy, że nie przejedziemy. Wracamy. Ci bliżej wypadku, którym się nie chciało wysiąść z samochodu pytają „I co?” (…) Jest grubo po północy. Nie wiemy dokładnie gdzie jesteśmy, za ile godzin albo minut blokada się zwolni, gdzie jest objazd… Informacji brak, Policji brak (bo i po co, każdy ma przecież GPS)…My nie mamy GPSa, ale mamy Hankę z Aśką- dobre anielice stróże. Nadają, że jak widzimy przed nosem to i owo, to znaczy, że jesteśmy tu i tam, to jak skręcimy tędy i owędy, to znów będziemy w drodze. Udało się. A ja się dziwię nadal.

Potem Body wygląda i jedzie coraz bardziej jak śpiący Zombi z otwartymi oczami. Nie dziwię się. Gadam jak najęta, patrzę na znaki, światła, zegarek, mapę. Potem postój na stacji i w drogę… itp itd. (jedną z ciekawostek, jakie zauważyłam, był znak: zakaz ruchu dla pieszych, a obok za nim przystanek autobusowy podobna sytuacja jest na poziomie Łomianek)

Wracaliśmy przez cały dzień. W drodze powrotnej trochę się spodziewałam, ale nadal się dziwiłam. W Gdańsku (na zdjęciu) przez cztery kilometry poruszaliśmy się z prędkością skokową 5 km/5 min na 5 metrów. To oznacza, bo niektórzy już zaczęli się mylić, że raz na 5 minut udało nam się włączyć silnik i przejechać 5 metrów z prędkością 5km/h. Bo…? Kolejny Pan wpadł do rowu (a mówią, że to baby nie umieją jeździć). Anielice pojechały przez Łódź i Toruń.

Potem już pogoda była naprawdę majowa, słoneczna i piękna, w sam raz na podróż (najlepiej w przeciwną stronę). Za Ostródą wpatrywałam się w las, gdzie w środę TIR wjechał i rozbił siebie i las. Trasa ciągnęła się kilometrami. Wzdłuż jezdni rozłożone na słońcu leżały ścięte pniaki drzew. Kiedyś były sosnami, dębami, jesionami z koronami. A potem je ktoś kiedyś samochodem zabił. Przez te kilka kilometrów pobocze wyglądało jak leśny cmentarz. Wpatrywałam się, ale miejsca po TIRze nie znalazłam. Las szybko zasłonił zielenią swoje kalectwo. Nikt nie rzucał w niego śmieciami (się zdziwiłam, bo u nas w stolicy jest inaczej). Na końcu lasu jakiś człowiek postawił przy drodze krzyż i zapalił lampkę. Hmmm…

BZK, czyli Baba Za Kierownicą… TEORIA

•maj 26, 2008 • 2 komentarzy

                

Ostatnio spodobało mi się jeżdżenie. Jeżdżenie autobusem, tramwajem, pociągiem, rowerem… hmmm czemu by więc nie spróbować pokierować samochodem?…

W tym celu wybrałam się ulicę dalej i usiadłam grzecznie w ławce. Na początku był język polski. Pan w telewizorze z powagą tłumaczył co to jest człowiek, samochód, droga i inne niezrozumiałe terminy…. A potem była przerwa. Następnie zajęcia bardzo praktyczne- kolega położył się na podłodze i każdy po kolei go przewracał z pleców na bok, z brzucha na plecy, a potem znowu na bok, ponieważ udawał, że jest nieprzytomny. Następnie masaż serca metodą usta- usta. Kolega wstał, a my wzięliśmy lalkę bez nóg. Panowie podglądali uważnie jak panie sobie radziły… z lalą i dekoltami, które dekoncentrowały po kolei wszystkich uczestników.

Po przerwie pojęłam znaki drogowe. Jednak do tej pory nie rozumiem po co one komu, skoro i tak nikt na nie nie zważa. Większości wystarczą światła, jeśli ich nie ma, to wszystko zależy komu się bardziej spieszy i jaka płeć kręci kierownicą, a pieszemu i tak się wydaje, że mu wszystko wolno… Hmmm, ale może warto je znać, aby na przykład na jednokierunkowej nie rozglądać się na prawo i lewo…

No i najgorsze. Kodeks drogowy. Kto komu kiedy ustępuje, kto kogo słucha, kiedy nie musi, a kiedy … nie warto. Wieczorami brałam podręcznik do ręki i byłam zielonym samochodem nr 1… Body tłumaczył, chwalił, apelował i uczulał, a ja się mądrzyłam, opowiadałam i zadawałam bardzo dużo bardzo trudnych pytań. Finalnie dwa razy przejechał mnie tramwaj, ale!… mi również udało się raz przejechać rowerzystę.

Potem Body oświadczył, że ma już tego wszystkiego dość. Wsiadłam więc na Gilę i pojechałam sprawdzić jak to działa naprawdę. Stwierdziłam po pierwsze ze smutkiem, że w ogóle nie działa, a po drugie ze zgrozą, że nie ma równouprawnienia rowerzystów na jezdni. Zamieniłam się więc w pieszego, siadłam na okolicznym murku i zaczęłam się przyglądać. Kilka razy miałam wątpliwości czy na pewno wiem, która to prawa strona i czy na pewno pani w przedszkolu dobrze mnie nauczyła, albo pani na kursie prawa jazdy się nie pomyliła. Skoro się już upewniłam, że na pewno obie panie miały rację, próbowałam odczytać z ruchu warg co krzyczą zamknięci w swoich samochodach kierowcy. I w ten oto sposób nauczyłam się na pamięć całego słownika języka polskiego dla kierowców. Słownik ten składa się głównie z czterech części mowy: przymiotników (jest ich wiele, ale najczęściej używanych jest tylko kilka), dwóch rzeczowników- jeden rodzaju żeńskiego, drugi męskiego, czasowników- najczęściej zwrotnych oraz wykrzykników wyrażonych słowem pochodzenia łacińskiego. Nic nie szkodzi jeśli początkującym pomylą się znaczenia wyrazów, gdyż wszystkie one mogą być używane wymiennie. A jeśli nadal komuś się wydaje, że znajomość takiego słownika nie jest mu potrzebna, albo nie uchodzi, tym bardziej może być pewien, że się go nauczy i prędzej niż później zacznie używać.

Siedząc na wspomnianym murku próbowałam nauczyć się też bardzo praktycznej umiejętności, którą Body posiadł w stopniu dalece zaawansowanym, to znaczy odróżnić tzw. Babę Za Kierownicą (BZK) od Dziadka Za Kierownicą (DZK). Na razie bez spektakularnych sukcesów.

Po tygodniu zdaliśmy z Borysem test i ostatnie zajęcia owładnęły opowieści dziwnej treści. Pan w telewizorze opowiadał co to jest kierownica i jak się nią kręci, a my co się komu wydarzyło i co pewnego razu widzieliśmy. Pani słuchała, śmiała się, tłumaczyła i też opowiadała.

Jutro rozpoczynam zajęcia praktyczne z BZK. Mam nadzieję, że Pan ma dużo cierpliwości…

 

ROWER NASZ PAN

•maj 9, 2008 • 3 komentarzy

Żeby cieszyć się przejażdżką rowerową najpierw trzeba kupić bicykl. Zanim się go kupi, naprawdę trzeba wiedzieć, czego się chce. A jeśli się tego nie wie…

Decathlon przy Reducie.

Zupełnie przy okazji tam trafiliśmy. Wchodzimy, patrzymy, ja mówię do Body’ego: „Brzydkie te rowery. Poza tym Filip i Przemek twierdzą, że w Decathlonie sprzedają rowery jednosezonowe”, „No to zobaczmy co dają w tym sezonie”. Szukamy Pana każdy na własną rękę. Nagle Pan pojawia się sam, mruczy „zaraz” i natychmiast znika. Potem znów się pojawia, mruczy „za chwilę” i znowu znika. I tak kilka razy. Jak już udało nam się go zatrzymać zaraz po tym jak sobie mruknął, ale zanim zniknął, popatrzył na mnie jak na Babę i powiedział wskazując palcem „Rowery są jakie widać, Pani sobie wybierze” i poszedł… Pani wzruszyła ramionami i też poszła. (Za każdy razem jak wspominam ten moment przypomina mi się Danuta Szaflarska w scenie u lekarza- „Pora umierać” 2007…)

Ski Team na Karolkowej.

Chociaż asortyment mają nienajwiększy, to chociaż można pojeździć sobie w kółko po sklepie. Młodzi Panowie, a raczej chłopcy sami się znajdują. Na początku zadają mi kilka rzeczowych pytań, a potem zaczynają opowiadać i nawet zdają się wiedzieć o czym. A ja nie. Pan owszem i widzi, że mi się coraz szerzej otwierają oczy, ale zadowolony z siebie z pasją mówi dalej. Tym razem postanowiłam nie dać zrobić z siebie Baby. „A co ja będę z tego miała?” pytam się i uśmiecham się przekornie. I tak doszliśmy do kompromisu. Ja Panu pozwoliłam wykazać się znajomością trudnych nazw i niezrozumiałych liczb, a on mi opowiedział jak to działa i po co, i jak długo. Pojeździłam sobie na Cubie- śliczny i Garrym Fisherze- okropny i poszłam. Chyba tylko wytrawni smakosze potrafią odróżnić subtelne różnice pomiędzy. Rower jak rower.

Giant na Gocławiu.

I w końcu pojechaliśmy już specjalnie po rower. Padał deszcz. Raz lało, raz padało. Para staruszków w pełnym uzbrojeniu: koszyk, światełka, lusterka, dzwonki i inne, właśnie wyjeżdżała ze sklepu jedynymi rowerami, które chciałam obejrzeć. Wyszliśmy, ale już wiedziałam co znaczy rower bardzo brzydki.

Metro Stokłosy, na Herbsta.

Na Ursynowie weszliśmy po schodkach wysoko na górę. Patrzę, rowery wiszą pod sufitem, ludzie tłoczą się po podłodze. A ja chciałam sobie pojeździć….

Garry Fisher na Zamiany.

Tu, jak w każdym rowerowym sklepie o tej porze, tez ciasno od rowerów i ludzi. Jak zwykle tylko jeden Pan odpowiada i opowiada. Czekamy dziesięć minut na swoją kolej, aż pani skonsultuje wybór roweru z małżonkiem, po czym nie wybrawszy nic wyjdzie ze sklepu. Pan podchodzi do nas i przez nos z zamkniętymi oczami zaczyna recytować beznamiętnie: „Sąąąą trzyyy rodzaaaje rooooweeerów…szooosooowyy, góóóóóóóórski i crossoooowyy…”Przepraszam pana- wyrwałam go ze snu- ja proszę pana chcę kupić rower i na nim jeździć po pracy z godzinkę, może dwie i podczas weekendów. Po lasach i ścieżkach, ale nie po szosie. I żeby mnie plecy nie bolały, o tu! (pokazałam mu palcem dokładnie gdzie, bo nie wiedziałam czy on zrozumie o co chodzi, skoro lekarzem nie jest). Mam wzrostu tysiąc pięćset stodziewięćset, wagi tyle samo.” Pan popatrzył na mnie zdziwiony i mówi „W takim razie wszystko jedno jaki rower Pani kupi”….I już wiedziałam, że to nie ten Pan wybierze rower tylko dla mnie… Body pokręcił głową, nie miał wyjścia i też wyszedł.

Scott na Anielewicza.

Tu widzałam najładniejsze modele dla Pań. Tym razem dodałam profesjonalnie informację o amortyzatorze na siodełko. Starszy Pan zmierzył mnie wzrokiem i powiedział „Ale te rowery kosztują od 5 tysięcy wzwyż.” Popatrzyłam mu prosto w oczy nie dając za wygraną i powiedziałam, że zależy mi aby mnie plecy nie bolały” „ A skąd ja mam wiedzieć czy Panią będą plecy bolały”…i znowu przypomniała mi się Danuta Szflarska…

Merida Ząbki.

Pan przemiły był, ale jak zwykle sam w sklepie. Składał rowery, naprawdę się uwijał, bo tłok był coraz większy. Przemiła Pani obok zachęcała wszystkich informując każdego z osobna, że ten przemiły Pan poskłada wszystkim przemiłym klientowm wszystko, czego tylko sobie przemili klienci zażyczą, ale po kolei”. Czekając, przeszliśmy się do konkurencji naprzeciwko i już nie wróciliśmy.

Author Ząbki.

Zastanawiam się co zadecydowało o decyzji…Pan się nie spieszył, nie przynudzał i nie komentował, pokazał ładny rower, wszystko wytłumaczył, ale bez przesady, wsiadłam, pojechałam, kupiłam i się uśmiechnęłam.

Oto moja Gila. Jest Wielbłądem ;)


ROWEROWY SAVOIR VIVRE

•maj 6, 2008 • 11 komentarzy

Żeby cieszyć się przejażdżką rowerową najpierw trzeba wybrać model bicykla. Zanim się wybierze ten model, należy się zastanowić- Góral czy Damka? U mnie Kolarka odpadła w przedbiegach.

Damka. Osobiście wyglądam na niej jak Dziunia, a nie Dam(k)a. Brakuje mi tylko …kiecki, chusty na łeb i kaloszy. Ale stajl to nie wszystko. Z jednej strony na takiej Damce są większe szanse by dogonić Body’ego i jego Kolarkę. Koła są trochę za wielkie, czuję się jak w cyrku, trochę rower jedzie sam, ale wogóle nie umie skręcać. Za duży on, albo ja za mała. Na Góralu z łatwością kręcę się w kółko, chociaż sam z siebie jechać nie chce. A Body ostatnio wspominał o wyścigach… Nie ma mowy! Raz byłam i się umęczyłam. On z uśmiechem i błyskiem w oczach hasał jak szalony po lasach i szosach, i górach, i dołach, a ja stałam i czekałam na mecie z aparatem w gotowości. Potem aparat padł i Body rozanielony wjechał na metę, umorusany jak sam diabeł. Upał był niemiłosierny, wszystko się kleiło do wszystkiego. W tłumie znalazłam go wśród zawodników wpychających sobie pomarańcze do ust. Kurz z piachem i sokiem sciekał im strużkami po szyjach i grzązł we włochach na klacie, a jak nie mieli włochów, to sciekał im ten sok dalej i niżej. A potem polali sobie wodą głowy i klaty, i ten sok z piachem i kurzem- tak, jak to robią kolarze w telewizji…Ja patrzę i widzę, że Body też rozmazany, bardzo z siebie dumny się uśmiecha. (A ja mu tak chciałam bardzo osobiście pogratulować… ). Tak więc wyścigom mówimy stanowczo nie! Mnie takie obklejanie zupełnie nie kręci, nie mam włochów na klacie, nie przepadam za pomarańczami, a męskie włochy wolę czyste i pachnące, miarowo poruszające się przez sen. W tym postanowieniu trwam uparcie (i skrycie)- choć nie wiem jak długo jeszcze uda mi się naciągać tę strunę…

No to góry…Góralka ze mnie żadna i wspinać się nie lubię- choć umiem- żeby nie było. Wolę morze…i w góry zaciągnąć się na rower nie dam. Z drugiej jednak strony na nasze polskie drogi Góral to, uwierzcie mi, naprawdę jedynie słuszny wybór.

Co więcej, jakiś mądry Pan powiedział, że taki rower wymusza postawę, która pozwala na równomierne obciążenie kręgosłupa podczas tzw turbulencji na trasie. Jednak syndrom zadartej głowy przez kilka kolejnych wieczorów boli niemiłosiernie gdzieś w ramionach. Należy więc mieć pod ręką albo niezmordowanego masażystę, albo apteczkę z żelami dla obolałych. Na szcęście i jedno i drugie mam. W porównaniu, na Dziuni lędźwia tłuką o siebie bezlitośnie. Kto ma do swojego kręgosłupa uzasadniony sentyment, powinien zwrócić na to uwagę.

No, ale wracając do Damki. Taka Dziunia może mieć lusterko, by widzieć co się za jej plecami dzieje, albo dwa by sobie poprawić makijaż na światłach- tak mówi Kasia. Body uważa, że Góralowi nie wypada mieć lusterka. Myślę, że do jego Kolarki by się przydało, na wspólne wypady- przestałby się za mną w kółko oglądać, bo to niebezpieczne kręcić głową przy takich zawrotnych prędkościach. (Nie ma czego zazdrościć- on sie ogląda nie z sentymentu, tylko sprawdza jak daleko mnie zgubił). W każdym razie ja się nie znam na rowerowym savoir vivre, ale mi się głową nie chce kręcić, a oczu z tyłu głowy nie mam i raz przeżyłam chwilę grozy sprawdzając co mi huczy za plecami.

Ale dalej. Nóżki Góral wystawiać też nie powinien, bo Góral opiera się o drzewo. Tłumaczę Body’emu, że jak Dziunia chce się zatrzymać to staje i tę nóżke wystawia, a nie szuka drzewa, ale on swoje, że nie uchodzi. Na pocieszenie pokazał mi sposób, aby sobie bez nóżki poradzić, ale o tym kiedy indziej. I koszyka Góralowi też nie wypada mieć. Góral wszystko jak wielbłąd na plecach nosi. Nie tylko swoje najpotrzebniejsze przydasie, ale i Jej, i wspólne też. I dzwonek też do Wielbłada nie pasuje (i co ja mam krzyczeć? „dryn” dryn”?)… Na szczęście błotniki mogą być i światełko być również musi. Uf

Nauka rowerowego savoir vivre trwa do dziś. Negocjacje również. Decyzji nie podjęłam. Pojechałam popatrzeć i pojeździć na różnych rowerach.

WIOSNA W SKRóCIE

•kwiecień 1, 2008 • 2 komentarzy

To będzie bardzo duży skrót.

Początek tygodnia. Wyglądam wieczorem przez okno- zima. Śnieg pada i pada. Do rana wcale nie znika. Robi się pościelowo i grudniowo. Rano w radiu Pani upiera się, że to jednak już wiosna. Hmmm…Chwilę się nad tym zastanawiam, po czym zakładam wiosenne buty i zimową kurtkę. Idę. Nadal pada. Wielkie, białe płaty jak łupież z nieba przyklejają mi się do głowy. Nic nie widać, ale ładnie…

Już na przystanku chodnik wygląda jakby go ktoś wysmarował od niechcenia brudną ścierą do podłogi…

W autobusie grzeją… znaczy jest zima. Patrzę z góry na niedospanych kierowców stojących grzecznie w korku. Mają co najmniej tak głupie miny jak ja rano patrząc na wiosenną czapę śniegu przed drzwiami.

Jestem już prawie na drugim końcu Warszawy. Przestało padać. Niebo szare, gdzieś pomiędzy blokami zaczyna błękitnieć. Śnieg uszargany, wala się pomiędzy samochodami a chodnikami… czysta kwintesencja brudu.

Kiedy piję kawę pół godziny później świeci słońce. Po śniegu została tylko wilgotna plama na chodniku. Jest ciepło. Stoję z P. w samym polarze. Znaczy jest wiosna. Ze zdziwieniem mrużę oczy. Hmmm… To znaczy, że rano była zima, a po drugiej stronie Warszawy, godzinę później jest już inna pora roku? Duże to miasto…P. mówi, że kiedyś ktoś stwierdził, że granica pomiędzy Azją a Europą powinna przebiegać na Wiśle. Bardzo śmieszne…

Koniec tygodnia. Pory roku i temperatury na razie przestały się w kółko zmieniać. Ale za to czas się cofnął. W sobotę spadł deszcz i znowu wszystko się pokręciło. W niedzielę przyszło na chwilę lato-i to po azjatyckiej stronie Warszawy!

Prima Aprilis … :)

obraz2a.jpg

zima.jpg

obraz4.jpg

obraz1.jpg

obraz8.jpg

obraz11.jpg