
Zełwągi koło Mikołajek. Z zeszłorocznego czaru tego miejsca pozostały tylko wspomnienia. Kajaki, łódki, ryby na wędki, z grilla, karciane porażki, rowerowe przejażdżki, spacery, zachody słońca, burze, opowieści, wszystko w tym roku miało smak taniego żarcia z mikrofalówki. Więc….nikomu nie było niczego żal, nikt niczego już nie szukał, nawet nie próbował wskrzeszać. I w ten oto sposób powstał pomysł, aby z Zełwąg zrobić bazę wypadową. Eksplorować miejsca, jeziora, zrywać obojętną przeciętność z widoków mijanych mimochodem samochodem, wgryźć się w ich indywidualny charakter, posłuchać prawdziwych i nieprawdziwych opowieści Mazurów, wydłubać wszystko, czego nie ma w przewodnikach, w podręcznikach, albumach i tak dalej… Pomysł wyrżnął i utopił się w jeziorze. Nie krzyczał o pomoc, nikt go nie ratował, nie szukał, nikt nie zauważył jego zniknięcia, każdy zapomniał. Bilans chęci i niechęci.
Ale żeby nie było, że ze mnie totalna ignorantka. Dowiedziałam się, że co roku na wiosnę wybiera się w tym miejscu ponad dwie tony śmieci na głębokości do jednego metra (nie pomagają prośby o wyrzucanie ich gdzie bądź, nawet do wielkiego śmietnika obok, nie rozumiem, czemu akurat koniecznie trzeba do jeziora!!), że chociaż płaci się za pozwolenie połowu 130 złoty/ 2 wędki, to zarybia się te kałuże głównie karpiami, że za wszystko trzeba płacić kolosalne podatki,-dla przykładu za prywatne pomosty (ktoś mówił, że za taki o długości 50 metrów aż 10 tysięcy złotych rocznie- oczywiście konserwacja we własnym zakresie), że motorówka kosztuje ponad tysiąc złotych za godzinę, nas stać, a Niemców nie…słuchałam, słuchałam, potem uciekłam.
Snułam się, snułam i tak znalazłam się w Norze. Potem w końcu wysnułam wniosek, że tu jest moje miejsce na najbliższy tydzień. (Czasem mi się tak zdarza coś wysnuć, ale zupełnie przypadkiem, ale tylko czasem. Nie jestem w snuciu wyspecjalizowana, ani nie mam patentu na trafianie wprost do takich miejsc, czego żałuję. Taki podróżnik to pewnie ma pewnie nosa. Od razu wie gdzie zajrzeć. A ja nie. Jeśli wystawię czujki ciekawości, zaraz spod ziemi wyrastają imitacje i podróby. Przekonywanie siebie o wyjątkowości niewyjątkowego męczy i irytuje, robię się okrutnie upierdliwa i marudna- wszystkim, którzy tego zaznali, szczerze w tym miejscu współczuję.
Galeria Królicza Nora. Taka nora na brzegu lasu, za zakrętami, za pagórkami, za domami, na samym końcu wsi. Domeczek spokojnej chwili, czarnej kawy i grubej książki, pobielony, z kwiatami, płotkiem, beznadziejnym sztucznym stawem, widokiem na polanę i wzgórze i las, jak z filmu, jak z książki, jakiego nie znalazłam nigdzie indziej. Bardzo szybko zaszyłam się w tej norze za piętnaście złoty za dobę, na całe kilka dni. Wyjątkowość tego miejsca bynajmniej nie polegała na samym porównaniu z… Raczej wynikła z … zaskoczenia.
Kilka dni temu.
Młoda dziewczyna z dredami na głowie, w turkusowych trampkach, z piękną ,uśmiechniętą twarzą myli notorycznie potrawy i słodko bredzi. Właściciel przy barze śmiejąc się ,poprawia ją kwiecista polszczyzną, prezentuje specjały swojej nory po swojemu. Ładna scena. Ona patrzy się, w kółko się uśmiecha i uczy (raczej bez skutku:)). Czasem, nie wystawiając głowy zza winkla, kucharz deklamuje, poleca, namawia, mieszając chochlą w garze. Nie ma mikrofali, na wszystko się czeka i czeka, oczywiście można się nie doczekać- mi się zdarzyło. Ale wszyscy mają dobry humor. Idę na werandę nie do końca z tym co zamówiłam, jem i mrużę oczy… polana, dolina, taki zakątek, w który każdy choć raz wbił wzrok przez chwilę i zostawił tam kilka myśli. Kiedy robi się za głośno od amatorów wrzasków wchodzę do środka i zaszywam się w swoim kącie. Pani w turkusie przynosi mi wielki kubas herbaty z cytryną. Słucham muzyki. Idealnie mój gust. Potem okazuje się, że nie tylko mój. Zgrywam muzykę na laptopa, ja nie pierwsza, ja nie ostatnia, zostawiam kilka swoich utworów dla innych. Cały dzień siedzę i delektuję się jak mi po plecach ciarki wędrują… Czysty kondensat przyjemności i świętego spokoju.
Tak wiem, pojechałam na Mazury i zaszyłam się w norze. Ale naprawdę- warto było! Powiem więcej- odczuwam wszelkie syndromy zakochania. Nie wiem czy można zakochać się w miejscu, ale ja naprawdę się zdrowo bujnęłam. Moje zachowanie można uznać za nieracjonalne. Poziom serotoniny, adrenaliny i czegoś tam jeszcze skacze wysoko na samą myśl, a oczy mam jak pięciozłotówki. I tak tu siedzę. Dzień cały od porannej kawy do wieczornych napojów rozweselających. Każdy wchodzi, uśmiecha się: „Dzień dobry, to znowu ja”. Żeby nie było tak pięknie i słodko. Zabłądziła tu również plaga amatorów Legii. Zostali wyprowadzeni przez dorodnego Mazura jednym słowem „wyyyychooooodziiiimyyyy”!!!…. Cóż za siła przekonywania!
Dziś
Wróciłam. Tęsknię…