DZIEŃ PIERWSZY- BYLE DO WIOSNY!

•Luty 9, 2010 • 1 komentarz

No i pojechałeś. Pamiętam rano- Ty pochylony nade mną, smutny, a ja rozlana pod kołdrą niczym wielka kałuża, wielka kupa nieszczęścia, na dodatek wielce chora. Ale nie martw się, W., kiedy wrócisz będę okazem zdrowia, zobaczysz, będę niczym przysłowiowa ryba! (a tak swoją drogą zastanawiam się czemu to akurat ryba jest okazem zdrowia. A dlaczego nie koń? Dlaczego nie krowa? Zdrowa jak krowa! Ha, nawet się rymuje!). No więc jeśli już wybrałam być tą rybą,  bo krową jednak nie chcę być!, to którą? Płotką czy karpiem, a może wielorybem (tak, tran z wieloryba jest bardzo zdrowy!)… Zastanawiałeś się kiedyś nad tym?… Tak więc ja, Twoja Wieloryba, nie zapamiętałam, co mówiłeś nachylony nade mną, nie pamiętam co Ci odpowiedziałam, ale naprawdę nie mam nic przeciwko, byś mi to w kółko powtarzał do słuchawki zanim wrócisz…

Co było dalej?

Zapierdział samochód, Ty odjechałeś, a ja i zrobiłam sobie Święty Spokój! O Tak! taki po mojemu. Chcesz przepis?

Należy wyłączyć oba telefony (albo tyle, ile kto ma), włączyć muzykę, którą się lubi i którą się ma (radio jest zbyt ryzykowne), wziąć książkę do ręki ( ja wzięłam Woodego Allena -rety jak ja go nie znoszę!), obstawić się kubkami, napojami, przekąskami, laptopami, kocami i poduchami. Gotowe! Kosztować powoli.  Starcza na kilka dużych porcji.

Dodałam wszystkie składniki na oko. Leżę słucham, czytam i spokojnie dostaję odleżyn. Nic się nie dzieje (chwała Bogu!), zaoszczędziłam dużo czasu i delektuję się jego maniem. Smakuję niemanie żadnych pilnych spraw do załatwienia! Ba! Po raz pierwszy od dłuższego czasu opływam w niebywałe luksusy- mam wszystko w nosie!

***

Musze ci cos opowiedzieć, bo i zdarzyło się coś niezwykłego. Po tym jak skończyłam z Allenem, ON znów się pojawił. Otworzyłam okno, by GO lepiej słyszeć (Tak, tak, nakryłam się kołdrą po sam nos! A poza tym było tylko minus pięć, powietrze pachniało mrożonym śniegiem, znaczy zimą, a że ja lubię ten zapach- czuję się usprawiedliwiona, że hartowałam się w takich pięknych okolicznościach przyrody, więc się nie mądraluj). No więc słuchaj ON znowu się pojawił… Pamiętasz, w tym roku po raz pierwszy razem z Tobą. Było zimno i śnieg, wszystko było skostniałe, zasypane, zimne, Ty stałeś i się patrzyłeś, a ON śpiewał… Powiedziałeś, że to normalne teraz. Pomyślałam sobie, że się obaj jesteście nieźle stuknięci, że to nie tak, jest przecież zima, i że jak co roku ON odchodzi, jak wszystko na zimę… W tym roku nawet kruki i wrony odleciały w cholerę, gile i sikorki już się u mnie nie stołują, ba! nawet koty nie przychodzą (optymistycznie Ania wczoraj powiedziała, że wiosna owszem wróci, ale dopiero w kwietniu!… )Jest tylko ON, ten ptaszek, co tak pięknie śpiewa (no i też Ty jesteś oczywiście i na szczęście).

Słuchałam go bardzo uważnie. Śpiewał jak to będzie bez zimy… że już tylko lepiej, początki zakiełkują, rozkwitną, że to jak taki Nowy Rok…że wszystko zacznie się od nowa, młode, kolorowe, świat zapachnie jak świeże pranie, ciepłe słońce w sypialni coraz dłużej wylegiwać się będzie, wciągnę zapach lasu do domu przez okno i gapić się będę w niebo takie błękitne i czyste jak z Photoshopa… Chyba usnęłam.

P.S. To nic, że dziś mam katar. Wyobraź siebie, że spotkałam GO dziś rano za domem, kiedy zjadał okruszki…

Przesyłam Ci moją małą wiosnę prosto z okna.

W., trzymaj się ciepło!

ANTONI

•Styczeń 24, 2010 • 5 komentarzy

Trzy i pół tygodnia z Antonim. Albo inaczej- jego trzy i pół tygodnia ze mną.

Zgodziłam się. On nie miał nic do gadania. Owszem, znaliśmy się już wcześniej, jednak od pierwszego wejrzenia wiadomo było, że nic z tego nie będzie. Nie można też powiedzieć, że byliśmy sobie obojętni, biorąc pod uwagę ilość konfrontacji, jakie mamy za sobą. W zeszłym roku przez krótki czas nawet mieszkaliśmy razem. Lubiłam Antoniego (a szczególnie, gdy obchodził mnie szerokim łukiem). Nie, nie kłóciliśmy się non stop, jednak każde z nas miało swoje przyzwyczajenia. Ja na przykład zdecydowanie nie lubiłam i nadal nie lubię jak mi się grzebie w torebce, bierze bez pytania moje mp3, ani z pasją poluje na moje nogi i ostentacyjnie drapie w cokolwiek. Sytuację pogarszał fakt, iż mieliśmy z Antonim, i jak się okazało nadal mamy, te same wady- oboje jesteśmy bardzo uparci.

Ale jak to mówią, kto się lubi, ten się czubi. Zeszłoroczna próba sił zakończyła się remisem. Dwa napady na moje nogi i jedno włamanie do mojej torebki zakończyło się natychmiastową eksmisją z pokoju i aresztem w łazience. W tym roku Antoni rozstał się ze swoją Anią na trzy tygodnie i na ten czas potrzebował niańki. Zgodziłam się. Przez pierwsze dni obchodziliśmy siebie szerokim łukiem, a na wspólne ścieżki i skrzyżowania staraliśmy się nie wstępować równocześnie. Jakoś, ale dało się wytrzymać. Jednak noce od początku były koszmarem. Antoni ciągle chodził i się awanturował, walił w drzwi i we wszystko, co w zasięgu wydawało jakiekolwiek dźwięki. Tym razem areszt łazienkowy okazał się nieskuteczny- Antoni zerwał się stamtąd już po pięciu minutach i dał nogę drąc się jeszcze głośniej.

Pierwszy dzień, pierwsza konfrontacja zakończyła się moją klęską.

Antoni

Kolejny dzień również. Nie rozumiałam. Nigdy nie miałam kota. Body kiedyś miał kota. Nawet dwa. Były wielkie jak psy i bardzo mądre. Wylegiwały się na parapecie albo napadały na siebie. I pomagaliśmy kotom kiedyś i też żaden z nich się nie awanturował ani nie stosował przemocy fizycznej. Ba! Nigdy w życiu jeszcze nie spotkałam kota, który polowałby na ludzi! Po kilku dniach wyglądałam źle. Czułam się jeszcze gorzej, ale się nie poddałam.

Po tygodniu wrócił W. i straciłam Antoniego z oczu, który zresztą z przyjemnością pozwolił o sobie zapomnieć. To się chyba nazywa “Taktyka”. W. również przyglądał mu się z zainteresowaniem i w skupieniu, wysłuchując moich skarg. Mijały dni. W domu zapanowała dziwna cisza. Znów nie zrozumiałam aż któregoś popołudnia zastałam obu panów siedzących po cichu pod stołem. Jeden drugiemu dawał jakieś znaki na migi- patrzyli na siebie, kręcili głowami i sobie machali. Nie wiem, o co chodziło, ale W. miał kota i myślę, że pewnie wiedział, co robi- męskie sprawy- nie wnikam. Zastanawiam się tylko, jaki ma w pływ kastracja na upodobania kotów, gdyż od tamtej pory Antoni nie odstępował go na krok. A gdy W. zbliżał się do mnie na odległość mniejszą niż pół metra, Antoni pakował się pomiędzy nas i wycierał po kolei najpierw o niego, a potem o mnie miaucząc jak dziecko. To też jest na pewno jakiś męski rytuał. Wiem, bo W. też o mnie wyciera i coś miauczy do ucha ilekroć jakiś inny osobnik płci męskiej chce się do mnie zbliżyć.

Potem W. znów wyjechał. W nocy Antoni nadal się awanturował. Zaczęłam współczuć Ani i powoli za nią tęsknić. Ania tęskniła za Antonim. Moje życie ograniczyło się do ochrony siebie, picia pięciu kaw, żeby nie usnąć i melisy, aby nie zwariować oraz wybierania wynalazków z kuwety. (Do dziś zastanawia mnie, w jaki tajemniczy sposób Antoni absorbował tyle wilgoci z powietrza, przerabiał ją w sobie i oddawał w postaci ciężkich, szarych placków żwirku, skoro powietrze, jak to w bloku, było bardzo suche. Wody nie pijał).

Aż nie wytrzymałam (ja wiedziałam, że tak będzie).

MRÓZ

•Styczeń 5, 2010 • 8 komentarzy

Gdyby to była zamarznięta Rzeka, Mariuszu, to byłoby lato. Nie szłabym przez kilka godzin w milczeniu, o nie! Za bardzo lubię mówić. Nie zajęłabym wszystkich swoich szarych komórek zagadką- co to jest: białe, ciepłe, słodkie, wygląda jak śnieg i na pewno wkładałam to kiedyś do buzi- nie wykrzyknęłabym jak Jerzy Sztur w “Seksmisji” na widok boćka: “WAAATAAAA! CUKROWA WATA!”… A gdyby w niej pływał Wieloryb, Mariuszu, na pewno chciałabym go uratować, tak jak te wszystkie ślimaki na mojej bazylii, wygodnie powyciągane w kątach pająki, sikorki przed domem, pieski, kotki i inne potwory.

Tak więc, Mariuszu to był tylko leśny rów. Co było dalej? Spacerowaliśmy wśród ścieżek z zaczesanymi na bok konarami drzew, karnawałowo ozdobionych Watą Cukrową a ja cieszyłam się swoim odkryciem  struktury śniegu. Aż doszliśmy do Wielkiej Rzeki- jednego z moich ulubionych miejsc widokowych. Wielka Rzeka nie pozwala tamtędy spacerować, wciąga nogi, zabiera buty. Można tylko stać na drugim brzegu i patrzeć. Ja lubię, na przykład, kiedy wiosną za lustrem wody, powoli drobny meszek traw zarasta miękką skórę ziemi. Młode, jędrne łodygi, jak kasztanowe włosy pną się ku słońcu, a potem na końcach rozwarstwiają w piękne korony drzew. Zawsze czuję się tutaj taka malutka…


Wracaliśmy bardzo długo, okrężną drogą, dyskutując na tematy kulinarne, co kto lubi i w czym jest dobry, aż zgłodnieliśmy.

- Powiedz mi…

- Mi.

- Co mi zrobisz na obiad?

- Uduszę Ci schab.

- Schab?

- Tak.

- Ale jak to…

- No normalnie, na ostro. Najpierw umyję, obłoże listkami, porządnie popieprzę, dodam tego i owego- to, co lubisz i to, co masz. A potem będę dusił.

- Ouuuu jeee!!! A długo? Mocno? Gołymi rękami?…

- Nie. W garnku. Na małym ogniu.

- W garnku???

- Tak.

- A potem?….

- A potem zjem.

- …

ZIMOWE WIDOKI

•Grudzień 26, 2009 • 3 komentarzy

Jest grudzień, ostatni miesiąc roku, a dokładnie kilka dni przed jego końcem. Potem od początku, po raz kolejny i wbrew sobie zacznę odliczać czas do samego końca. Ale tym razem nie będę się spieszyć, obiecuję (jakiś postęp i pierwsze postanowienie, ha!) Nie ma już śniegu. Oglądam zdjęcia, które zrobiłam tydzień temu. Biało, sucho, mróz szczypał w nos i rozwijał swoje wdzięki na szybie.

-     Do wieczora okno całkiem zarośnie.

-     …

Przysuwam wzrok do przymarzniętych kropel na szybie. Tłusty świat, postawiony do góry nogami, rozmazany, niewyraźny, bez żadnych konkretów. Drzewa na słowo honoru, trochę światła, nie za dużo, przecież jest zmierzch, zimno, bo przecież jest zima, nic nie widać, bo przecież śnieg… Zdrapuję włochate krople, liście paproci, małe choinki, piękne, finezyjne koronki i pierze zabierają kolejne centymetry świata.

-     Powiedz mi…

-     Mi.

-     …

-     Co?

-     Powiedz mi coś ciepłego.

-     Ogień, pożar, żar…

-     Żar?

-     Tak, a nie pasuje?

-     Owszem. Gorący popiół.

-     Popiół?

-     Owszem, takie resztki po pożarze.

Chucham i chucham, ale coraz grubsza jest warstwa lodu na szkle. Tam wyżej jeszcze cienka, popękana jak skóra, tu niżej od ściekania i kapania jest już gruba i śliska, z bąblami… Kilka gęstych kropel zjeżdża w dół, powoli zamarza, strzela igiełkami lodu na boki. Resztę świata pokrywa para. Już nic nie widać, słońce zachodzi pomarańczowo, jakoś blado dziś. Zbliża się koniec roku.

***

Są Święta, śnieg nie leżał długo, więc psie kupy jeszcze nie śmierdzą tak bardzo. Po zimowych witrażach ani śladu. Zostały tylko zdjęcia- jak co roku. Kończę staroroczne postanowienia- po raz kolejny popełniam swoje błędy i zamiast Wielkiego Porządku na nowy rok mam Zimową Aranżację- czekam na lepsze widoki.

WIGILIJNE ŻYCZENIA

•Grudzień 24, 2009 • Dodaj komentarz

WSZYSTKIM MAŁYM I WSZYSTKIM DUŻYM Z OKAZJI ŚWIĄT WSZYSTKIEGO DOBREGO!

Projekt kartki mój własny http://bangbangdesign.pl/projektkartka/

A ja?

„ POTRZEBA MI ZDROWIA I WSZYSTKIEGO DOBREGO, SPOKOJU ŚWIĘTEGO, BIEGŁOŚCI PIÓRA, LEKKOŚCI SERCA” (Jerzy Pilch „Pod mocnym Aniołem”)

I CO Z CIEBIE WYROŚNIE?…

•Grudzień 14, 2009 • 2 komentarzy

Zjadłam kwaśne  mandarynki, które kupiłeś. Wyjęłam Ci pestki z buzi, razem ze swoimi zasadziłam w brzuchu. Po pięciu latach już nie smakują tak samo. Słodki miąższ przestraszył się, skurczył, nie mi oddał swoją wilgoć. Żuję bardzo spokojnie mętne, pomarańczowe ciałko, językiem naciągam i rozrywam wszystkie żyłki- specjalnie. Bardzo się skupiam, by poczuć tę słodycz. Pamiętam dobrze jej zapach, moje ślinianki nadal strzelają na samo wspomnienie. Dawno, dawno temu, jakieś pięć lat temu… Czyżbym znów się spóźniła?

Układam równiutko jedno obok drugiego- niech jak najwięcej wzejdzie- uśpione maleństwa, zawinięte na kilka razy jakąś półprzeźroczystą błoną. Dzióbkami do góry, żeby się nie udusiły, kładę delikatnie blisko siebie. Precyzyjna ręczna robota… Wyrastają Ci mandarynki z brzucha, Kochany. Nie mieszczą się, wysypują na różową skórę. Powyciągały macki ciekawskie, rudawe włosy i się gapią.

- Powiedz mi…

- Mi…

- Nie! Nie tak!

- Nie jak?

- Nie mów mi- MI!

- Nie krzycz… Dobrze, mi Ci nie powiem.

- No to powiedz mi…

- No co?…

- No co mi z Ciebie wyrośnie?…

- …

HELENKA KOZIOŁKOWA- ŻONA DOSKONAŁA

•Grudzień 12, 2009 • Dodaj komentarz

Żona Alfreda wabiła się pięknie, nota bene Helena miała na imię. Co wieczór wabiła pięknie swego męża do środka wnęki od strony ściany, gdzie zawzięcie tłumaczyła mu swój babski punkt widzenia. Trzeba przyznać, że Helena była bardzo obowiązkową żoną. W końcu jak się jest żoną, to do czegoś zobowiązuje, prawda? A obowiązków miała wiele. Startowała od samego rana. Rozciągała rozkosznie swoje śpiące ciało, wijąc się pomiędzy rozpostartymi członkami Alfreda- stopami w stronę podłogi. Gdy już nabrała ludzkich kształtów, siadała na łóżku i przytomniała dłuższą chwilę. Potem wsuwała nogi w kapcie i szurała powoli do łazienki, w której przez czterdzieści minut próbowała nie doprowadzić swojego wyglądu do rozpaczy, a Alfreda do szału. Następnie robiła mężowi kanapki do pracy, od lat zawsze z tym samym (z tym, co lubił najbardziej). Wieczorami tuż po obiedzie, kiedy jej mąż przed telewizorem oddawał się ciężkiej pracy przewracania, rozdrabniania, rozpuszczania i popychania- jednym słowem trawienia, młoda żona odtwarzała przyzwoite warunki w ich mieszkaniu, które za sprawą Alfreda ulegało ustawicznemu samozabrudzeniu.

Żona Helena naprawdę była bardzo przejęta swoim żonowniem. Śledziła z uwagą wszelkie nowości kulinarne, brała do siebie internetowe rady i porady obcych ludzi, którzy znali uniwersalny przepis na szczęście, podglądała jak to robią inni- w kolorowych magazynach i nie tylko. Wśród sąsiadów uznawana była osobę wyjątkowo poinformowaną. Ba! Mogłaby śmiało napisać gruby podręcznik na temat prawidłowego żonowania. Tę cenną wiedzę przekazała jej matka, która z kolei otrzymała ją od swojej matki. Nazywały ją Tradycją. Owa Tradycja stanowiła bardzo ważny element w życiu Państwa Koziołków. Jej niepisane prawo tworzyło bezpieczne ramy ich życia złożonego z bardzo skomplikowanych, zaplątanych w wątki przyczynowo skutkowe czynności fizjologicznych oraz około- fizjologicznych, osadzonych w realiach wielkiego miasta. Helena bardzo się starała, aby wszystkie rytuały Tradycji przekazane przez mamusię celebrowane były z należytą estymą, taką świecką pobożnością. Co by o niej nie powiedzieć, była żoną wybitną, bardzo przywiązaną do swojego męża (prawie tak bardzo jak do swojego żonowania).

I w ten oto sposób żonowanie Alfredowi zajmowało jej cały dzień. Reszta czasu jaka pozostawała wystarczała już tylko na skromny odpoczynek albo na sen. Helena była sprytna. Postanowiła połączyć przyjemne z pożytecznym, a mianowicie. Siadała wygodnie w fotelu, odprężała się i otwierała się na nowe i nieznane. Z wypiekami na twarzy podglądała obce doznania i zwierzenia, intrygujące i wciągające, które rozlewały się w niej, inspirując i odświeżając jej codzienność punktualnie o szesnastej trzydzieści. O tej właśnie porze włączała swój teleinspirator i z błyskiem w oczach oglądała kolejny odcinek niekończącego się serialu, którego wątki i fabuły rozwijały się i zwijały, aż po kilku latach stały się jakby jej własne, niczym jeden z jej młodych i świeżych, nienaruszonych zwojów mózgowych. Bohaterów z czasem zaadoptowała, przyjęła pod swój dach niczym zwierzątka domowe, których problemy zajmowały ją nie mniej niż jej własne.

Skupiona na zapewnianiu i utrzymywaniu warunków do przeżycia, młoda żona czuła jak z roku na rok ogarnia ją coraz większa samorealizacja i duma. Helena była zdolna i bardzo ambitna. Po dwóch latach opanowała większość umiejętności w stopniu zaawansowanym aż w końcu przyszedł dzień, w którym poczuła, że to wszystko, co osiągnęła już jej nie wystarcza. Nawet Alfred już jej nie wystarcza. Ostry niedosyt dręczył ją bez ustanku. Po kilku tygodniach męczarni w końcu powiedziała swojemu mężowi, że przyszedł  czas i wybiła godzina, aby pojawił się ktoś nowy. Ktoś kto, zgodnie z Tradycją, przejmie tak ważne obowiązki i nauki wielkiej sztuki i Tradycji przetrwania. Alfred zgodził się z żoną i od tamtej pory pił coraz więcej i częściej. Coraz dłużej zostawał w łazience, a kiedy młoda żona wiedziała to, o czym każda kobieta wiedzieć powinna, wywołała: ”Freeeeedziuuuu! Choooodź doooooo mnie!!!”. I Alfred bardzo niecierpliwy biegł z łazienki wprost do środka wnęki od strony ściany, gotowej na przyjęcie małego członka rodziny. Po wielu tygodniach picia jednak, nowy członek rodziny nie pojawiał się. Wówczas Alfred postanowił poradzić się swojego szefa Boba, który uchodził w branży za wyjątkowych umiejętności rozpłodowego samca.

***

Wszystko jest fikcją, jednak jakakolwiek zbieżność postaci lub zdarzeń z rzeczywistością nie jest przypadkowa  :)

C.D.N.

LISTOPAD- Kraków, gdzieś na parapecie

•Listopad 29, 2009 • Dodaj komentarz

fot. widok z mojego parapetu- malutka kałuża w kształcie przypominającym wylewne serce

Siedzę na parapecie i czekam aż się porządnie ściemni. Siorbię głośno gorącą kawę z łyżeczką sterczącą prosto w oko i gapię się w niebo. Ma kolor brudnej ściery, z której raz po raz coś się odrywa i kapie. Na ziemi pani wchodzi do sklepu, sika pies, przejeżdżają samochody. Brudna szmata na chwilę rozdziera się i zagląda słońce. Snop światła przesuwa się powoli po ziemi jak wielki reflektor w teatrze. Błyszczą mokre dachy, kałuże zamieniają się w rozrzucone na ulicy lusterka. Zimno. Dwa żółte liście wiszące tu od początku lata, drżą na malutkiej brzozie. Te same prześwitujące ciałka, które wczoraj męczyły się na wietrze  nie mogąc spaść. Snop zbliża się do okna i pada na moją twarz, mrużę z zadowolenia oczy. Nie grzeje już, nie razi, jednak znajomy jasno- pomarańczowy kolor słodko przypomina lato, tak jak wtedy, kiedy przez skórę powiek podglądałam słońce. Światło gaśnie, słońce zabiera znów podniebna ściera. Potem obniża się coraz bardziej, staje się ciemna i zimna i wszystko zanurza się w niej. I pani i pies i samochody i letnie liście brzozy są koloru ściery.  Żeby tylko nie padało.

ALFRED

•Listopad 18, 2009 • 3 komentarzy

Alfred jest bardzo przeciętnym palantem. Nie był jednak nim od samego początku. Od początku jednak był tak przeciętny, że aż nudny. Tak nudny, że aż żadne anegdoty o nim nie krążyły, ani nawet nie powstały.  Zwlekał się co dzień punktualnie o godzinie szóstej rano szturchany przez żonę, po czym drapiąc się po głowie i ziewając szeroko powłóczył bosymi nogami do toalety, gdzie wypinał swoją nikłą… wyrośl ukrytą w długich czarnych włosach i obserwował jak uchodzi z niej żółta, lekko śmierdząca woda. Był to jeden z najprzyjemniejszych rytuałów Alfreda, tak więc kiedy tylko mógł, zasikiwał się do woli, obserwując jak strumień wychodzi z niego, pręży się i opada, a potem nagle gdzieś znika. Kiedyś, za czasów kawalerskich jeszcze, wysikał swojej obecnej żonie wielkie serce na śniegu. Była zachwycona! Potem doszedł już do takiej wprawy, że wypisał jej zaraz po ślubie „kocham cie”. Obecnie trenuje codziennie, zależy mu bowiem, aby swojej ukochanej na Gwiazdkę wysikać wielkie słoneczniki. Ot, taka malutka perwersja, dreszczyk, emocja. Kiedy nie ma zimy, ćwiczy bez ustanku na sucho. To znaczy bez śniegu. Wypija na noc pół litra wody, dodatkowo stawia na stoliku butelkę, a potem cieszy się długo porannym strumieniem. Sztuka bowiem, jak twierdzi, polega na tym, aby w odpowiednim momencie rozluźnić i napiąć mięśnie. Ważne jest również, aby nikt nie dekoncentrował i przeszkadzał artyście na przykład uwagami na temat higieny i porządku. Praktyczna jest też technika wizualizacji. I tu na początku był wielki problem, ale Alfred jest systematyczny, tak więc po powrocie z pracy, wyobraźnia jest dlań szczególnie łaskawa i podsuwa mu obrazy, dużo obrazów i wyrazów, z których udaje mu się zlepić, wprawdzie nieco karykaturalny, ale rozpoznawalny obraz małej, łysawej, głowy swojego znienawidzonego szefa Boba wetkniętej w otchłań sedesu. Rżnięcie wtedy na nią z całej siły graniczy z fizycznym podnieceniem. Ba! Nie raz się już zdarzało, że po takim rżnięciu, Alfred wracał do łóżka swojej młodej żony bardzo niecierpliwy.

***

Wszystko jest fikcją, jednak jakakolwiek zbieżność postaci lub zdarzeń z rzeczywistością nie jest przypadkowa  :)

C.D.N.

MOJE MIASTO

•Listopad 6, 2009 • 2 komentarzy

Minął prawie tydzień (a naprawdę to pełne dwa) odkąd wróciłam z Krakowa. Znów jadę. Znów przed świtem, w autobusie numer sto siedemnaście, jest ciemno, stoję na światłach, podglądam osoby w rozświetlonych oknach na trzecim piętrze. Aleje Jerozolimskie- przeszły przez nie dwie zjawy i jedno stworzenie. Przysiadło na parapecie i przypomina kota. Potem z trzech zapalonych okien jedno zgasło. Autobus minął Rotundę. Warszawiacy nadal śpią. Kilka prawdziwych milionów ciał, za oknami odmierzonymi w rzędach równiutko co kilka metrów,  poupychani, w ciasnych objęciach snu.

Warszawa. I lubię to miasto, i nie znoszę go. Urodziłam się tu i wychowałam. Tu biegała po swoich salonach moja mała prababka i tu jej przerażony syn uciekał do swojej młodej żony przed Niemcami (ten sam, który kilkadziesiąt lat później radośnie woził mnie na rowerowej ramie, nazywał swoją perłą i wyśpiewywał mruczanki). W tym mieście jego syn pokochał moją mamę tak bardzo, aż urodziłam się ja. Mało kto w to wierzy, wielu się dziwi, Piotrek z pracy wprost mówi, że Prawdziwi Warszawiacy zginęli w Powstaniu Warszawskim. Znaczy, że  jestem duchem. Nawet nie wiedziałam…Co dzień przeglądam swoją duszę w lustrze, bo muszę i stwierdzam, że wyglądam całkiem po ludzku. Mam ciało, które żąda, pożąda i śni, które  potrzebuje, choruje, kicha i śpi. Takie zwykłe, najprawdziwsze ciało z duszą (albo może duchowe….brzmi śmiesznie, może duszne – ciało duszne …nie, fuuu…)

Jutro wieczorem wrócę. Zmęczeni ludzie zamknięci w betonowych oknach zapalą miastu lampki, brudne, podeptane ulice odetchną swobodnie, w spokoju oddadzą pot śmierdzących, stłoczonych ciał i pierdzących samochodów, których świetność dawno minęła bezpowrotnie, jak co roku jesienią panowie zagłaszczą liście miotłami, zagrabią ziemię, wymasują, wydłubią śmieci, wiosną na pocieszenie zasadzą kwiatki na  małych trawnikach, latem my umyjemy okna,  miasto na chwilę przejrzy się w swojej brzydocie i znów oślepnie za mgłą spalin i silnego słońca prosto w szklane oczy.  Zimą sypiemy solą, by powoli umierało i nie odrosło.

Przypomniała mi starsza pani oparta o ławkę na Powiślu. Widziałam ją kilka lat temu, byłam jeszcze na studiach. Pani patrzyła na sztuczną palmę w centrum miasta. Obok przejeżdżała solarka i podsypywała prawdziwe drzewo solą. Pani głaskała ławkę, ukradkiem i bezwiednie skubała niczym naskórek stare łuski olejnej farby. Popatrzyłam na nią spokojnie, ale zawstydziła się i odeszła. Pani już nie żyje, prawdziwe drzewo uschło, a sztuczna palma odbiła po remoncie i ma się dobrze.

***

Tak naprawdę myślę tylko o jednym- na Targach Książki w Krakowie nie było dziś Olgi Tokarczuk. Nie było też informacji. Bardzo chciałabym zobaczyć swoją minę podczas oznajmiania mi tego faktu przez Panią z Wydawnictwa Literackiego: “Olga była wczoraj…”  Patrzyłam na nią długo, bardzo długo…to się jakoś  nazywa przecież … r o z c z a r o w a n i e …

KRAKOWIACY

na Rynku zeszłego roku- mieszkańcy Krakowa

krakowiacy

i ludzie z panami kloszardami rozmawiali, nikt nie uciekał i nie przeganiał, nawet właściciele lokali…

reklama

pomysłowe :)

Wisła

w Warszawie jedynie mewy nad Wisłą fruwają- pewnie dlatego, że bliżej do morza…

planty- spacer przed powrotem do Warszawy

spacer przed powrotem do Warszawy- Planty