LISTOPAD- Kraków, gdzieś na parapecie

•listopad 29, 2009 • Dodaj komentarz

fot. widok z mojego parapetu- malutka kałuża w kształcie przypominającym wylewne serce

Siedzę na parapecie i czekam aż się porządnie ściemni. Siorbię głośno gorącą kawę z łyżeczką sterczącą prosto w oko i gapię się w niebo. Ma kolor brudnej ściery, z której raz po raz coś się odrywa i kapie. Na ziemi pani wchodzi do sklepu, sika pies, przejeżdżają samochody. Brudna szmata na chwilę rozdziera się i zagląda słońce. Snop światła przesuwa się powoli po ziemi jak wielki reflektor w teatrze. Błyszczą mokre dachy, kałuże zamieniają się w rozrzucone na ulicy lusterka. Zimno. Dwa żółte liście wiszące tu od początku lata, drżą na malutkiej brzozie. Te same prześwitujące ciałka, które wczoraj męczyły się na wietrze  nie mogąc spaść. Snop zbliża się do okna i pada na moją twarz, mrużę z zadowolenia oczy. Nie grzeje już, nie razi, jednak znajomy jasno- pomarańczowy kolor słodko przypomina lato, tak jak wtedy, kiedy przez skórę powiek podglądałam słońce. Światło gaśnie, słońce zabiera znów podniebna ściera. Potem obniża się coraz bardziej, staje się ciemna i zimna i wszystko zanurza się w niej. I pani i pies i samochody i letnie liście lipy są koloru ściery.  Żeby tylko nie padało.

C.D.N.

ALFRED

•listopad 18, 2009 • 3 komentarzy

Alfred jest bardzo przeciętnym palantem. Nie był jednak nim od samego początku. Od początku jednak był tak przeciętny, że aż nudny. Tak nudny, że aż żadne anegdoty o nim nie krążyły, ani nawet nie powstały.  Zwlekał się co dzień punktualnie o godzinie szóstej rano szturchany przez żonę, po czym drapiąc się po głowie i ziewając szeroko powłóczył bosymi nogami do toalety, gdzie wypinał swoją nikłą… wyrośl ukrytą w długich czarnych włosach i obserwował jak uchodzi z niej żółta, lekko śmierdząca woda. Był to jeden z najprzyjemniejszych rytuałów Alfreda, tak więc kiedy tylko mógł, zasikiwał się do woli, obserwując jak strumień wychodzi z niego, pręży się i opada, a potem nagle gdzieś znika. Kiedyś, za czasów kawalerskich jeszcze, wysikał swojej obecnej żonie wielkie serce na śniegu. Była zachwycona! Potem doszedł już do takiej wprawy, że wypisał jej zaraz po ślubie „kocham cie”. Obecnie trenuje codziennie, zależy mu bowiem, aby swojej ukochanej na Gwiazdkę wysikać wielkie słoneczniki. Ot, taka malutka perwersja, dreszczyk, emocja. Kiedy nie ma zimy, ćwiczy bez ustanku na sucho. To znaczy bez śniegu. Wypija na noc pół litra wody, dodatkowo stawia na stoliku butelkę, a potem cieszy się długo porannym strumieniem. Sztuka bowiem, jak twierdzi, polega na tym, aby w odpowiednim momencie rozluźnić i napiąć mięśnie. Ważne jest również, aby nikt nie dekoncentrował i przeszkadzał artyście na przykład uwagami na temat higieny i porządku. Praktyczna jest też technika wizualizacji. I tu na początku był wielki problem, ale Alfred jest systematyczny, tak więc po powrocie z pracy, wyobraźnia jest dlań szczególnie łaskawa i podsuwa mu obrazy, dużo obrazów i wyrazów, z których udaje mu się zlepić, wprawdzie nieco karykaturalny, ale rozpoznawalny obraz małej, łysawej, głowy swojego znienawidzonego szefa Boba wetkniętej w otchłań sedesu. Rżnięcie wtedy na nią z całej siły graniczy z fizycznym podnieceniem. Ba! Nie raz się już zdarzało, że po takim rżnięciu, Alfred wracał do łóżka swojej młodej żony bardzo niecierpliwy.

***

Wszystko jest fikcją, jednak jakakolwiek zbieżność postaci lub zdarzeń z rzeczywistością nie jest przypadkowa  :)

C.D.N.

MOJE MIASTO

•listopad 6, 2009 • 2 komentarzy

Minął prawie tydzień (a naprawdę to pełne dwa) odkąd wróciłam z Krakowa. Znów jadę. Znów przed świtem, w autobusie numer sto siedemnaście, jest ciemno, stoję na światłach, podglądam osoby w rozświetlonych oknach na trzecim piętrze. Aleje Jerozolimskie- przeszły przez nie dwie zjawy i jedno stworzenie. Przysiadło na parapecie i przypomina kota. Potem z trzech zapalonych okien jedno zgasło. Autobus minął Rotundę. Warszawiacy nadal śpią. Kilka prawdziwych milionów ciał, za oknami odmierzonymi w rzędach równiutko co kilka metrów,  poupychani, w ciasnych objęciach snu.

Warszawa. I lubię to miasto, i nie znoszę go. Urodziłam się tu i wychowałam. Tu biegała po swoich salonach moja mała prababka i tu jej przerażony syn uciekał do swojej młodej żony przed Niemcami (ten sam, który kilkadziesiąt lat później radośnie woził mnie na rowerowej ramie, nazywał swoją perłą i wyśpiewywał mruczanki). W tym mieście jego syn pokochał moją mamę tak bardzo, aż urodziłam się ja. Mało kto w to wierzy, wielu się dziwi, Piotrek z pracy wprost mówi, że Prawdziwi Warszawiacy zginęli w Powstaniu Warszawskim. Znaczy, że  jestem duchem. Nawet nie wiedziałam…Co dzień przeglądam swoją duszę w lustrze, bo muszę i stwierdzam, że wyglądam całkiem po ludzku. Mam ciało, które żąda, pożąda i śni, które  potrzebuje, choruje, kicha i śpi. Takie zwykłe, najprawdziwsze ciało z duszą (albo może duchowe….brzmi śmiesznie, może duszne – ciało duszne …nie, fuuu…)

Jutro wieczorem wrócę. Zmęczeni ludzie zamknięci w betonowych oknach zapalą miastu lampki, brudne, podeptane ulice odetchną swobodnie, w spokoju oddadzą pot śmierdzących, stłoczonych ciał i pierdzących samochodów, których świetność dawno minęła bezpowrotnie, jak co roku jesienią panowie zagłaszczą liście miotłami, zagrabią ziemię, wymasują, wydłubią śmieci, wiosną na pocieszenie zasadzą kwiatki na  małych trawnikach, latem my umyjemy okna,  miasto na chwilę przejrzy się w swojej brzydocie i znów oślepnie za mgłą spalin i silnego słońca prosto w szklane oczy.  Zimą sypiemy solą, by powoli umierało i nie odrosło.

Przypomniała mi starsza pani oparta o ławkę na Powiślu. Widziałam ją kilka lat temu, byłam jeszcze na studiach. Pani patrzyła na sztuczną palmę w centrum miasta. Obok przejeżdżała solarka i podsypywała prawdziwe drzewo solą. Pani głaskała ławkę, ukradkiem i bezwiednie skubała niczym naskórek stare łuski olejnej farby. Popatrzyłam na nią spokojnie, ale zawstydziła się i odeszła. Pani już nie żyje, prawdziwe drzewo uschło, a sztuczna palma odbiła po remoncie i ma się dobrze.

***

Tak naprawdę myślę tylko o jednym- na Targach Książki w Krakowie nie było dziś Olgi Tokarczuk. Nie było też informacji. Bardzo chciałabym zobaczyć swoją minę podczas oznajmiania mi tego faktu przez Panią z Wydawnictwa Literackiego: “Olga była wczoraj…”  Patrzyłam na nią długo, bardzo długo…to się jakoś  nazywa przecież … r o z c z a r o w a n i e …

KRAKOWIACY

na Rynku zeszłego roku- mieszkańcy Krakowa

krakowiacy

i ludzie z panami kloszardami rozmawiali, nikt nie uciekał i nie przeganiał, nawet właściciele lokali…

reklama

pomysłowe :)

Wisła

w Warszawie jedynie mewy nad Wisłą fruwają- pewnie dlatego, że bliżej do morza…

planty- spacer przed powrotem do Warszawy

spacer przed powrotem do Warszawy- Planty

BRUDNOPIS

•październik 23, 2009 • 2 komentarzy

Znalazłam wczoraj przez przypadek urodzinowy wpis dla Piotrka. Kiedy jeszcze pracowałam u Szefa Lwa i chodziłam z chłopakami z BOKu palić papierosy, gadać głupoty i śmiać się do łez. A oto i on:

“Nie upłynęło kilka dni od mojego ostatniego postu, a już szykują się zmiany. Wszystko się powywracało do góry dnem, ale żeby nie było-  dennie nie jest. I tak, od początku.

Gdzieś cichaczem ustalono, iż dla dobra firmy mój pokój zostanie umeblowany inaczej. Od jutra, zamiast prawdziwego drzewa, posadzą naprzeciwko mnie płeć piękną, której zalety  i wszelakie walory są tak powalające, iż dla własnego dobra chyba przywiążę się do tego drzewa i napisze sobie na czole „Chrońmy przyrodę! ” .

Poza tym, całkiem niedawno okazało się, że Piotr jest w ciąży. I wcale nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż Piotr jest mężczyzną. Kamila twierdzi, że Piotr dostał tej ciąży od zajadów. Osobiście słyszałam, że dzieci wychodzą z kapusty i że bocian musi najpierw tę kapustę … żeby były z tego dzieci, a poza tym przecież bocian tej kapusty nawet do buzi nie bierze… Sprawa się komplikuje, jeżeli weźmiemy pod uwagę, iż po pierwsze bociany odleciały na zimę do ciepłych krajów, po drugie o tej porze roku kapusta jest tylko skiszona, a po trzecie wygląda na to, że Piotr z tą ciążą chodzi dużo dłużej niż z tymi zajadami. Co więcej, jak twierdzi Kamila, która sama też jest w ciąży, Piotr zaszedł w tę ciążę, bo chodzi ze mną.  I to codziennie. Rano do pracy. Po pracy Piotr chodzi z Olą. Ale były Walentynki, idzie marzec, przylecą bociany i wszystko wkrótce wyjdzie na jaw, nie ma co wnikać. Od jutra Piotr będzie chodzić ze swoją ciążą na urlop do swojej Oli, a ja sama do pracy. Dziś Piotr obchodzi urodziny. Z tej okazji, Piotrek, wszystkiego najlepszego! :)

***

Dodam tylko, że z Kasią zamiast drzewa finalnie polubiłyśmy się bardzo szczerze. Teraz chodzę na kawę z koleżankami i kolegą, a i mojego szefa zwierzęciem nazwać nie mogę.

Wiesz co, Marcin, masz rację, nic się nie dzieje…

WYŚCIGI

•październik 18, 2009 • 1 komentarz

Godzina czwarta trzydzieści. Coś drży, robi się za głośno, otwieram oczy- to nie sen. Myję zęby, na pamięć maluję twarz, piję herbatę z miodem zamiast śniadania. Siedem po piątej. Nerwowo związane buty, niedopięta kurtka, biegnę na przystanek. Nocny do zajezdni… cholera! Gubię się w labiryncie koparek i dołów, za światłami wysiadam i czekam na litość numer pięćset dwadzieścia. Przyjeżdża spóźniona, powoli otwiera drzwi, z sykiem zamyka, rusza, snuje się po wielkiej budowie przy ulicy Marsa, w końcu powoli wyjeżdża na prostą. Śledzę każdy jej ruch. Aby nie zwariować przez dwadzieścia minut wymyślam, co zrobię, kiedy już wysiądę, sekunda po sekundzie, po kolei, jeszcze raz i tak w kółko- jak przed występem. Oddycham ciut za głęboko. Łudzę się- zdążę. Biegnę… Raz… Dwa… Trzy… Cztery…. jeszcze kilka metrów… Nie ma… Czyżby odjechał? Inny peron… Oddycham smrodem głęboko. Gdzieś w sobie czuję zdezorientowane serce, kurczy się- ledwo rozkurcza, wdech- wydech, skurcz- rozkurcz… wdech- wydech…puściło…uf…wdech…bezmyślnie staram się złapać rytm. Niemożliwe, że odjechał. Z każdą chwilą skurcze staja się coraz częstsze i mocniejsze jak silne uderzenia pięścią w brzuch… Jest! Pociąg do Krynicy!… zbiegam po ruchomych schodach.

Za brudnym oknem drugiej klasy świta. Gdzieś na polach i łąkach wścibskie słońce ściąga z ziemi kołdrę. Jej ciepła skóra wierci się i drży z zimna. Zasłonięte mleczną halką, spocone, oblepione zgniłymi liśćmi ciało powoli paruje.

Zamykam oczy i nie otwieram ich do samego Krakowa.

Leje. Po zeszłorocznym uroku tylko w mojej głowie pozostał ślad. O! Tu stała ta dziewczynka, która karmiła gołębie, a tu świeciło słońce. Tu teraz stoi namiot z informacją o Studenckim Festiwalu Piosenki. Ludzie ze szczelnie pozamykanymi twarzami na kilka kołnierzy, przytuleni do swoich czapek i szalików śledzą kilka centymetrów chodnika pod stopami.

Robi się coraz zimniej. W Warszawie świeci słońce.

Pytam panów policjantów o ulicę Kościuszki- niestety nie wiedzą, mówią, że nie są stąd… Skonsternowana i zziębnięta wchodzę na Grodzkiej w ciepły kąt z gorącą herbatą. Jestem pierwsza. W tle muzyka z filmu, który widziałam, i którego tytułu jak zwykle nie mam siły sobie przypomnieć. Przychodzą dwie klasyczne Rosjanki. Tłumaczą po angielsku swoje zamówienie. Rozglądam się w około. Przytulnie- jak lubię, są fotografie- jak lubię, przez szybę księgarnia- jak lubię i wielka kawa mielona (uwielbiam!). Zdaje się, że to o takiej atmosferze mówił Konrad, że w Krakowie wymarła. Za oknem leje, piję kawę, słucham (teraz już wiem, że to muzyka z filmu „Once”) i gapię się na zdjęcia. Nie chce mi się wychodzić. Dziesiąta. W kawiarni nie ma już wolnych miejsc. Ciekawe co na to Warszawa. Pan z obwarzankami klaruje trzy razy jak dojechać na Kościuszki, użeram się chwilę z automatem na bilety i kwadrans później jestem na miejscu.

Po kilku godzinach wracam. Opóźniony o czterdzieści minut pociąg nadal czeka na peronie na odjazd. Biegnę. Rozpędzam się bardzo powoli, plecak uderza we mnie raz z jednej raz z drugiej strony, bredzące o kiełbasie kobiety z siatkami odpychają mnie wzrokiem. W końcu udało się- biegnę przed siebie z całej siły jaką mam. Jest cholernie zimno, wiatr wpycha mi się do gardła bardzo głęboko. Boli. Zagląda pod kurtkę, sprawdza czy mam szalik. Nie mam. Wieje tak silnie aż mnie cofa. Skręcam. Uważnie zbiegam na dół i próbuję się ponownie rozpędzić. Wiem, ze za chwilę przestanę czuć nogi, nie wbiegnę, nie wejdę na górę. Ciągnąc poręcz, wdrapuję się na górę. Jest! Stoi, malutki jak klocek Lego konduktor z rękami w kieszeniach wypina się ze śmiechu. Biegnę jakbym co najmniej chciała mu się rzucić w ramiona. Czuję się jak we śnie, ciało już nie chce się słuchać. Drżącymi nogami wchodzę do środka, opieram się plecami o szybę, zamykam oczy. Czuję jak podłoga zaczyna się ruszać. Wielka, głucha, tępa cisza. A potem coraz szybciej spada stal na stal.

Przystanek w szczerym polu, tuż za zakrętem. Słońce powoli chowa się za plecami lasu. Szyny błyszczą na pomarańczowo jak dwa rude, grube włosy, które mu wypadły.

W Warszawie pada. Na przystanku zimne ognie witają pierwszy obślizgły początek zimowej jesieni.

***

Zimowa, obślizgła środa i wszystko popsute. Mój zegar w naprawie. Ścigam się z czasem, przeliczam sekundy na grosze, dni na tysiące, swoje szanse stawiam na jedną kartę… próbuję sobie powróżyć, co będzie w sobotę.

A jednak zima potrafi zaskoczyć nie tylko drogowców.

O CZASIE

•październik 11, 2009 • 4 komentarzy

Kiedy byłam małą dziewczynką, zamiast oglądać zabawki w warszawskim Smyku, wolałam zbiegać po ruchomych schodach pędzących w górę…

***

postludium

mój lok, moje zdjęcie upiększone przez Przemka Czerskiego

I znowu jest jesień. O zapachu winogron, o smaku pigwy. Porządki, porządki. Przyglądam się swojemu wspomnieniu. Jest na nim Zegar. Zbudowałam go w listopadzie zeszłego roku. Popychane palcami sekundy tykały nieśmiało, nierówno, fałszowały bimbanie o równych porach. Krążenie było słabe, rytm zanikał … Tik- tak, Tik- tak, Tik- tik- tik … słońce zgasło, temperatura obniżyła się,  Czas cofnął się o kilkanaście lat. Nastała Wielka Cisza. Wtedy zdjęłam Zegar, powykręcałam mu ręce, powyrywałam nogi, rozebrałam na części. Za karę doliczył kilka lat na mojej twarzy. Zapuściłam loki i odmierzyłam skrętami pół roku. Czas nadal bawił w zaświatach, przestawiał, porządkował, kończył, zaczynał. Tik- tak, Tik- tak, Tak- tak- tak… budował dla siebie zegar, z którym mógłby się mierzyć, w którym mógłby się przeglądać niczym w lustrze. Sobą zajęty wcale mnie nie gonił, zapomniał. Przez ten krótki moment byłam szczęśliwa- nie spędzałam go, nie odpędzałam, w ogóle się dla mnie nie liczył, aż straciłam rachubę i wszystko się poplątało na chwilę.

I wtedy pojawił się inny Zegar. Był spóźniony o cztery lata, więc bardzo się spieszył. Składał się z przeciąganych do samego rana sekund, spuszczonych na kolana minut, podciągniętych do góry godzin i roześmianych dni… Brakowało wskazówek. W pośpiechu oczami liczyłam minuty, biciem serca godziny, rano wydzierałam się zamiast budzika. Nie pomogło. Przyspieszał i pospieszał. W końcu zaczął kręcić się w kółko aż stanął. Nieładnie, bardzo nieładnie, bo tyłem. Starannie rozebrałam na części każdy mechanizm, wydłubałam wskazówki, wyrwałam zegarowe serce, wyrzuciłam magnesy, zniszczyłam przyciąganie… Ze zgrzytem i jękiem wszystko stanęło, sprężyny z ulgą odskoczyły daleko. Uffff

Kiedy noce zrobiły się coraz krótsze, a słońce coraz wcześniej budzone rozziewało się na dobre, wyrzuciłam wszystkie zegary za okno. Na szczęście zajęty sobą Czas nadal nie pamiętał o mnie.

Przyszła jesień, on nadal tworzy niestrudzenie. Cierpliwie, grzebie i wyrzuca, zostawia tylko to, o czym dawno zapomniałam, że może się spełnić – tak powstają sekundy.  Z twarzy mi znanej i nie zapomnianej stworzył dla mnie piękną tarczę. Korzystamy, nim na dobre powstaną wskazówki (ostatnio w jeden dzień przebimbaliśmy sto lat!!! Pyszna zabawa!). Godziny jeszcze nie gotowe, minuty wybieram sama. Czasem siadam na prowizorycznych wskazówkach, a Czas szepcze mi do ucha to, co zawsze chciałam usłyszeć i popycha jak  na huśtawce mocno do przodu. Powiem Wam szczerze, że miło się tak tyka do przodu i do tyłu oraz bimba na wszystko.

W końcu jestem o czasie. A jednak. Czas jest pojęciem bezwzględnym.

***

Niedawno zabrałam Ola do Smyka. Podbiegł do schodów pędzących w dół i zaczął się wspinać…

OloOlo

i

Mój Czas w potężnym skrócie

moje winogrona JESIEŃ 2008

jesień 2008

mój ślimak na moim jabłku JESIEŃ 2008

jesień 2008

moja ZIMA 2008

zima 2008/ 2009

WIOSNA 2009

zdjęcie pochodzi z Festiwalu Atak Łaskotel Łodź 2009

Ósmy Międzynarodowy Festiwal Fotografii, wystawa Atak Łaskotek- wiosna Łodź 2009

http://fotofestiwal.com/2009/

Ósmy Międzynarodowy Festiwal Fotografii, wystawa Atak Łaskotek- wiosna Łodź 2009

zatoka

Festiwal Open’ er 2009 i moje kochane morze w Kuźnicy LATO

Fundacja Znaczy się

A potem wysłałam moje pisadło i udało się! Dostałam się na zajęcia w Fundacji Sztuki Nowej- ZNACZY SIĘ w Krakowie JESIEŃ 2009

jeszcz mnie tu nie było

aha, i jeszcze tu mnie nie było :) za wszystkie głosy, o których wiem i te, o których nie wiem, albo się wkrótce dowiem bardzo Wam dziękuję.

Jacek Zieliński Art "SŁOŃCE PODZIEMNEGO CZASU "

autor: Jacek Zieliński “SŁOŃCE PODZIEMNEGO CZASU”  mój nowy znajomy na MySpace :)

KOLIR SZCZASTIA. DAGADANA na OLYMPUS JAZZ NIGHT

•październik 4, 2009 • 2 komentarzy

Dagadana i ja

Jeśli bym miała zacząć tę historię od samego początku, cofnęłabym się do czerwca, kiedy odsłuchiwałam po kolei wszystkich wykonawców Openera 2009. Usłyszałam Tango i dodałam Zespół Dagadana do kalendarza koncertów, na których zamierzałam być. Byłam, stałam zaczarowana, więc zapomniałam, że mi nie wolno i usiadłam na podłodze. Słuchałam uśmiechnięta i zachwycona, biłam brawo i przez kilka chwil czułam jak mi moje własne ciarki szaleją po plecach. Szczypały dłonie do braw, a na drugi dzień kolana bolały i nie chciały się zginać, i kręgosłup dokuczał bezlitośnie. http://www.youtube.com/watch?v=MSGhLrZ_x4M

Potem słuchałam Dagadany z Myspace …  („Polskie Radio dla Zagranicy” nadal czeka na tłumaczenie Dagmary :) ). Nie wiem czemu zrobiłam wyjątek od reguły, ale zrobiłam (nie żałuję)- napisałam i kupiłam płytę. Dedykację powiesiłam nad biurkiem w pracy. Czytam ją sobie za każdym razem, kiedy tak strasznie nie chce mi się w piątek po południu ani w poniedziałek rano … nawet pisać, nawet robić zdjęć, nic a nic. Wtedy spoglądam i czytam jeszcze raz. Działa!!! Nic mi się nie chce i jest bardzo przyjemnie.

Kilka tygodni później wywiązała się krótka wymiana uprzejmości  pomiędzy mną a Dagmarą i dostałam zaproszenie na Olympus Jazz Nights – 3 października.

Byłam. Impreza trwała już od dwóch dni, a w zasadzie się kończyła. Ominęła mnie bardzo młoda polska scena jazzowa i różne odmiany jazzu w postaci Tubisa Trio i widzianej przelotem na Openerze G. Kulki. Ominęła mnie również wystawa portretów znanych muzyków jazzowych “Trzy minuty dla jazzu” Lechosława Carnelli w podziemiach. Wprawdzie rzuciłam na zdjęcia okiem, nawet dwoma i to po kilka razy … jednak wczoraj bardziej mi się chciało robić zdjęcia, niż je oglądać, a najbardziej z tego wszystkiego mi się chciało wejść na górę i podziękować Dagmarze za zaproszenie, i nie tylko… Było czarodziejsko, kolorowo i pysznie! Nie dopisała tylko pogoda i publiczność (była tak mało spontaniczna i bez poczucia humoru, jakby to był co najmniej występ konkursowy albo koncert specjalnie dla VIPów)

http://picasaweb.google.com/mimi.ania/Dagadana3Pazdziernika2009OlympusJazzNight#Tuż przed koncertem Reduta – Bank Polski

DagaDagmara Gregorowicz

danaDana Vynnytska

mikoMikołaj Pospieszalski

DagadanaDagadana

koniecwięcej zdjęć http://picasaweb.google.com/mimi.ania/Dagadana3Pazdziernika2009OlympusJazzNight#

Od wczoraj znów boli kręgosłup i trzeszczą kolana…jakieś czary i mary…

***

Kolejny koncert Dagadana już 9 października- na żywo do filmu GODZILLA KRÓL POTWORÓW(1954) w HYDROZAGADCE

hydrozagadka

TYŁEM NA PRZÓD

•wrzesień 29, 2009 • 2 komentarzy

autorzy: Tomasz Jańczyk i Arkadiusz Ostrowicki

Jest rano. To znaczy jest noc. Taki nocny poranek. Za wcześnie by się obudzić, za wcześnie by wstać. Wywinięta na lewą stronę, zmięta i ciepła grzebię się w pościeli po cichu, żeby tylko się nie obudzić. Przekonuję się by wstać. Mija kilka budzików. Powoli szukając ściany, drepczę w kierunku łazienki. Siadam na wannie i przyglądam się sobie w lustrze długo i starannie, jakbym co najmniej próbowała sobie przypomnieć jak wyglądam. Z grymasu twarzy staram się zgadnąć wypadki wczorajszego dnia, zanim rozkręci się maszynka do myślenia i wszystko samo mi się przypomni.

Za trudne.

Tępo patrzę sobie w oczy. Całe brązowe, ale na lewą stronę wyglądają trochę nierówno otwarte. Pod nimi wisi nocny koszmar. Za ciężki- ciągnie powieki w dół i znów jest ciemno. Zamknięta przez siedem godzin gęba bierze w siebie wdech i oddaje wydech. Brzmi jak ulga. Opieram głowę o umywalkę i siedzę tak dopóki nie zrobi mi się czerwony znaczek na czole…

Myślę.

To znaczy próbuję. Ten sen…. skąd się tam wziął?… czemu mój mózg ułożył mi taką bajkę na dobranoc..i kiedy?… czy na poczekaniu, na ostatnią chwilę, czy może w ciągu dnia obmyślał, czym mnie skutecznie zająć, aby się w końcu wyspać, żebym mu nie zawracała głowy, zanim nie przełknę tych swoich ciężkostrawnych tasiemców myślowych… a może była to tylko jego radosna (w końcu) twórczość- wysypał wszystko z mojej głowy, jak dzieci zabawki z koszyka i postanowił przez chwilę się odmóżdżyć … albo może robił porządki…

Mija kolejne kilka budzików. Siłą przyzwyczajenia odkręcam zimną wodę i chociaż słyszę przerażone „NIEEE!!!”, odważnie wkładam głowę i już po wszystkim- kilka lodowatych dreszczy taranuje mój mózg i ciało. Trzęsąc się z zimna, gapię się tępo w kropki pasty do zębów na lustrze.

Odwracam się na prawą stronę.

 "Królicza nora"  - Tomasz Jańczyk i Arkadiusz Ostrowicki

Nawet doszłam w tym do pewnej wprawy. Starannie wyciągam szczoteczką rzęsy do góry, imituję naturalne odcienie oczu, rozmazuję wazelinę na ustach, wkładam palce głęboko we włosy i długo masuję głowę, by przez cały dzień moje szare komórki nie umarły. Ciągnę
kąciki ust wysoko do góry, przyklejam uśmiech do twarzy- porządnie, bo musi starczyć aż do późnego popołudnia. Gęba gotowa. Potem zakładam „mundurek”, z góry na dół mierzę się wzrokiem, wiążę sterczące, zdecydowanie za długie myśli, sznuruję niewyparzony jęzor, zapinam wszystko na ostatni guzik, zamykam za sobą drzwi.

Nawet doszłam w tym do pewnej wprawy. Starannie wyciągam szczoteczką rzęsy do góry, imituję naturalne odcienie oczu, rozmazuję wazelinę na ustach, wkładam palce głęboko we włosy i długo masuję głowę, by przez cały dzień moje szare komórki nie umarły. Ciągnę kąciki ust wysoko do góry, przyklejam uśmiech do twarzy- porządnie, bo musi starczyć aż do późnego popołudnia. Gęba gotowa. Potem zakładam „mundurek”, z góry na dół mierzę się wzrokiem, wiążę sterczące, zdecydowanie za długie myśli, sznuruję niewyparzony jęzor, zapinam wszystko na ostatni guzik, zamykam za sobą drzwi.

***

Po pracy, kiedy zniknie Marcin w tunelu metra, odwracam się na lewą stronę. Szczęśliwa, ze sterczącymi myślami, błyszczącymi oczami, wyjeżdżam spod ziemi i rozglądam się zachłannie.

i cały czas, cały czas tęsknię za tym miejscem …

"Królicza nora"  - Tomasz Jańczyk i Arkadiusz Ostrowicki

“Królicza nora” Tomasz Jańczyk i Arkadiusz Ostrowicki w Zełwągach      http://www.chatazawsia.mazury.pl/o_nas.html

LATO PRZED ZMIERZCHEM

•wrzesień 26, 2009 • 1 komentarz

Lato_przed_zmierzchem

O niee!!! To nie był najlepszy pomysł!
Czytając „to” przypominam sobie, co to jest Nuda. Tak zwana „bohaterka” , która nic z bohaterstwem nie ma wspólnego, też jest nudna, a kilkustronicowe opisy jej życiowej nudy zaczynają coraz bardziej nudzić. Zostawiam ją na kocu w pełnym słońcu i wchodzę do domu. Z okna widzę jak błyszcząca okładka otwiera się i zamyka poruszana wrześniowym wiatrem. Siadam na parapecie. Żuję w myślach tytuł książki jak starą gumę…

Rozpoczęcie kolejnego rozdziału graniczyłoby z sadyzmem… napisała ją pewnie z nudów….resztki jałowych myśli, do których nikt nie chciał się przyznać, zagarniętych na kupę i luzem poukładanych w zdania. Rozważania dojrzałej damy, wyrywającej życiu ostanie dni lata….aż dziw, że w tym wieku nie ma nic do powiedzenia! W dzisiejszych czasach dojrzałe kobiety wymieniają przepisy na życie chętniej niż nasze prababki receptury na weki…Czy ja też będę taką starą, nudną damą, powtarzającą w kółko to, czego jeszcze nie zapomniałam? Czy wygadam się za młodu i na starość zostanie mi nic innego jak ciepłe spojrzenie mądrej głowy?

Zaparzona szałwia paruje nad stołem… czytać, czy nie czytać. Oto jest pytanie.

Schodzę z parapetu i rozsiadam się w wiklinowym koszu, układając nogi tak, jak to robią kobiety na filmach…

ciekawe, czy one naprawdę, kiedy są same, tylko ze sobą, nie zapominają o pociągającej sztuce napinania mięśni i wyginania ciała w pozy i układy. Na przykład Kompozycję Zmęczonych Nóg Wyciągniętych w Fotelu.

Patrzę na swoje nogi, zakładam jedną na drugą, wyginając nienaturalnie stopę w skrzydło ptaka…

to chyba jakoś tak powinno być…

Dochodzi południe

…skoro niedziela zapowiada się jak ostatnie pięćdziesiąt stron książki, to w takim razie…
zupełnie bez gracji sięgam po Łuk Triumfalny Erich Maria Remarque…

Sorry, Doris, innym razem…

KTO TAM U CIEBIE JEST?

•wrzesień 20, 2009 • Dodaj komentarz

fot. zdjęcie z cyklu: ” Ulica Krokodyli”

“(…)Migrena. Kolejny dzień leżę. Przytomność podchodzi, pyta jak się trzymam, patrzy, kiwa głową i odchodzi. Niedobrze. Z wielkim trudem odwracam się na bok i czekam. Gwałtowny ruch i pierwsze uderzenie w skroń. Zaraz potem drugie, trzecie i czwarte. Rytmicznie niewidzialne kilofy rozłupują moją głowę na dwa kawałki, jak wielkie krople drążą skałę… Boli. Próbuję myśleć o czymś miłym, ale myślenie też boli. Nie poddaję się. Postanawiam myśleć częścią niebolącą z tyłu głowy… nie wiem co tam jest, ale radzi sobie nie najgorzej- trochę myśli, trochę nie. Bardzo powoli, po cichu i ostrożnie układam sylaby w pierwszy od długiego czasu wyraz: cho…leeeera!… Cisza… Jakiś pies ujada… I znów cisza.

Próbuję myśleć… coś się stało… zepsuło… boli… Patrzę na swoje dłonie… gdyby tak można było nimi tę głowę wykręcić z szyi, powoli, delikatnie, położyć obok siebie na miękkiej poduszce … obserwować jak zamyka swoje okna i drzwi- zasuwa powieki, zatyka uszy… potem traci czucie i uczucie senności ogarnia ją całą… i kiedy zapadnie w sen, kiedy wpadnie w siebie bardzo, bardzo głęboko… wsłuchiwać się w oddech… jak szurając ustami powtarza echa swoich sennych rozmów… patrzeć jak jej powieki powoli puchną… jak sen nabrzmiewa, jak się w niej nie mieści …jak niespokojnie krąży pod delikatną skórą powiek…
i co tam w niej jest, że tak boli… gdyby tak móc się dostać do wewnątrz, razem z powietrzem przeniknąć do krwioobiegu, wślizgnąć się niepostrzeżenie do środka i obejrzeć… sprasowane lata, historie i anegdoty w kostkę poukładane- te bardzo proste, złożone i rozłożone niechlujnie na półkach w wielkich piwnicach niepamięci. I gdyby móc dokładnie obejrzeć myśli- te dobrze zakonserwowane, leżakujące na potem w wielkich magazynach rezerw, i te błyskawicznie przerabiane na zjadliwą papkę, wydalaną sprawnie przez bardzo skomplikowane mechanizmy, tak zwane obronne… Znaleźć zmięte wspomnienia, uczucia zbite i rozbite, po których został ledwo zauważalny zapach… gdyby można na chwilę przeniknąć do środka, przycupnąć w progu i chwycić się sterczącego wspomnienia jak nitki z kontenera na bezużyteczne myśli… potem po cichu podążyć za nim, zaplątać się w miękki
kłębuszek zdarzeń, owinąć nimi szczelnie… i tym sposobem niepostrzeżenie zakraść się do środka, wyczuć co tak boli i … no właśnie i co?!

Próbuję myśleć… coś się stało… zepsuło… boli… Patrzę na swoje dłonie… gdyby tak można było nimi tę głowę wykręcić z szyi, powoli, delikatnie, położyć obok siebie na miękkiej poduszce … obserwować jak zamyka swoje okna i drzwi- zasuwa powieki, zatyka uszy… potem traci czucie i uczucie senności ogarnia ją całą… i kiedy zapadnie w sen, kiedy wpadnie w siebie bardzo, bardzo głęboko… wsłuchiwać się w oddech… jak szurając ustami powtarza echa swoich sennych rozmów… patrzeć jak jej powieki powoli puchną… jak sen nabrzmiewa, jak się w niej nie mieści …jak niespokojnie krąży pod delikatną skórą powiek…

i co tam w niej jest, że tak boli… gdyby tak móc się dostać do wewnątrz, razem z powietrzem przeniknąć do krwioobiegu, wślizgnąć się niepostrzeżenie do środka i obejrzeć… sprasowane lata, historie i anegdoty w kostkę poukładane- te bardzo proste, złożone i rozłożone niechlujnie na półkach w wielkich piwnicach niepamięci. I gdyby móc dokładnie obejrzeć myśli- te dobrze zakonserwowane, leżakujące na potem w wielkich magazynach rezerw, i te błyskawicznie przerabiane na zjadliwą papkę, wydalaną sprawnie przez bardzo skomplikowane mechanizmy, tak zwane obronne… Znaleźć zmięte wspomnienia, uczucia zbite i rozbite, po których został ledwo zauważalny zapach… gdyby można na chwilę przeniknąć do środka, przycupnąć w progu i chwycić się sterczącego wspomnienia jak nitki z kontenera na bezużyteczne myśli… potem po cichu podążyć za nim, zaplątać się w miękki kłębuszek zdarzeń, owinąć nimi szczelnie… i tym sposobem niepostrzeżenie zakraść się do środka, wyczuć co tak boli i … no właśnie i co?!

Potężny ból wyrzuca mnie z siebie. Ulegam i poważnieję- wygłaszam nadętą mowę tronową miłościwie nam panującego Porządku z Rozsądku, zarządzam Wielką Segregację, aby ogarnąć ten wielki bajzel- alarm zaczyna wyć, głowa mi pęka… niteczka wymyka się z rąk, sprawnie odwija się i szybko znika… budzę się ze snu.

Migrena. Mija kolejny dzień. Leżę. Głowa już prawie pęknięta na pół… znów pokornie łykam białe pigułki- Migrena odchodzi, Przytomność wraca. Wyglądamy przez okno i mrużymy oczy, patrząc w jesienne słońce. (…).”

***

Jak co roku we wrześniu puszczamy sobie Agnieszkę Osiecką (tym razem w wykonaniu Kasi Nosowskiej).

http://www.youtube.com/watch?v=buN4dBDRzLU.

Jest mi dobrze.

Agnieszka Osiecka i Kasia Nosowska Kto tam u Ciebie jest