header image
 

ROWER NASZ PAN

Żeby cieszyć się przejażdżką rowerową najpierw trzeba kupić bicykl. Zanim się go kupi, naprawdę trzeba wiedzieć, czego się chce. A jeśli się tego nie wie…

Decathlon przy Reducie.

Zupełnie przy okazji tam trafiliśmy. Wchodzimy, patrzymy, ja mówię do Body’ego: „Brzydkie te rowery. Poza tym Filip i Przemek twierdzą, że w Decathlonie sprzedają rowery jednosezonowe”, „No to zobaczmy co dają w tym sezonie”. Szukamy Pana każdy na własną rękę. Nagle Pan pojawia się sam, mruczy „zaraz” i natychmiast znika. Potem znów się pojawia, mruczy „za chwilę” i znowu znika. I tak kilka razy. Jak już udało nam się go zatrzymać zaraz po tym jak sobie mruknął, ale zanim zniknął, popatrzył na mnie jak na Babę i powiedział wskazując palcem „Rowery są jakie widać, Pani sobie wybierze” i poszedł… Pani wzruszyła ramionami i też poszła. (Za każdy razem jak wspominam ten moment przypomina mi się Danuta Szaflarska w scenie u lekarza- „Pora umierać” 2007…)

Ski Team na Karolkowej.

Chociaż asortyment mają nienajwiększy, to chociaż można pojeździć sobie w kółko po sklepie. Młodzi Panowie, a raczej chłopcy sami się znajdują. Na początku zadają mi kilka rzeczowych pytań, a potem zaczynają opowiadać i nawet zdają się wiedzieć o czym. A ja nie. Pan owszem i widzi, że mi się coraz szerzej otwierają oczy, ale zadowolony z siebie z pasją mówi dalej. Tym razem postanowiłam nie dać zrobić z siebie Baby. „A co ja będę z tego miała?” pytam się i uśmiecham się przekornie. I tak doszliśmy do kompromisu. Ja Panu pozwoliłam wykazać się znajomością trudnych nazw i niezrozumiałych liczb, a on mi opowiedział jak to działa i po co, i jak długo. Pojeździłam sobie na Cubie- śliczny i Garrym Fisherze- okropny i poszłam. Chyba tylko wytrawni smakosze potrafią odróżnić subtelne różnice pomiędzy. Rower jak rower.

Giant na Gocławiu.

I w końcu pojechaliśmy już specjalnie po rower. Padał deszcz. Raz lało, raz padało. Para staruszków w pełnym uzbrojeniu: koszyk, światełka, lusterka, dzwonki i inne, właśnie wyjeżdżała ze sklepu jedynymi rowerami, które chciałam obejrzeć. Wyszliśmy, ale już wiedziałam co znaczy rower bardzo brzydki.

Metro Stokłosy, na Herbsta.

Na Ursynowie weszliśmy po schodkach wysoko na górę. Patrzę, rowery wiszą pod sufitem, ludzie tłoczą się po podłodze. A ja chciałam sobie pojeździć….

Garry Fisher na Zamiany.

Tu, jak w każdym rowerowym sklepie o tej porze, tez ciasno od rowerów i ludzi. Jak zwykle tylko jeden Pan odpowiada i opowiada. Czekamy dziesięć minut na swoją kolej, aż pani skonsultuje wybór roweru z małżonkiem, po czym nie wybrawszy nic wyjdzie ze sklepu. Pan podchodzi do nas i przez nos z zamkniętymi oczami zaczyna recytować beznamiętnie: „Sąąąą trzyyy rodzaaaje rooooweeerów…szooosooowyy, góóóóóóóórski i crossoooowyy…”Przepraszam pana- wyrwałam go ze snu- ja proszę pana chcę kupić rower i na nim jeździć po pracy z godzinkę, może dwie i podczas weekendów. Po lasach i ścieżkach, ale nie po szosie. I żeby mnie plecy nie bolały, o tu! (pokazałam mu palcem dokładnie gdzie, bo nie wiedziałam czy on zrozumie o co chodzi, skoro lekarzem nie jest). Mam wzrostu tysiąc pięćset stodziewięćset, wagi tyle samo.” Pan popatrzył na mnie zdziwiony i mówi „W takim razie wszystko jedno jaki rower Pani kupi”….I już wiedziałam, że to nie ten Pan wybierze rower tylko dla mnie… Body pokręcił głową, nie miał wyjścia i też wyszedł.

Scott na Anielewicza.

Tu widzałam najładniejsze modele dla Pań. Tym razem dodałam profesjonalnie informację o amortyzatorze na siodełko. Starszy Pan zmierzył mnie wzrokiem i powiedział „Ale te rowery kosztują od 5 tysięcy wzwyż.” Popatrzyłam mu prosto w oczy nie dając za wygraną i powiedziałam, że zależy mi aby mnie plecy nie bolały” „ A skąd ja mam wiedzieć czy Panią będą plecy bolały”…i znowu przypomniała mi się Danuta Szflarska…

Merida Ząbki.

Pan przemiły był, ale jak zwykle sam w sklepie. Składał rowery, naprawdę się uwijał, bo tłok był coraz większy. Przemiła Pani obok zachęcała wszystkich informując każdego z osobna, że ten przemiły Pan poskłada wszystkim przemiłym klientowm wszystko, czego tylko sobie przemili klienci zażyczą, ale po kolei”. Czekając, przeszliśmy się do konkurencji naprzeciwko i już nie wróciliśmy.

Author Ząbki.

Zastanawiam się co zadecydowało o decyzji…Pan się nie spieszył, nie przynudzał i nie komentował, pokazał ładny rower, wszystko wytłumaczył, ale bez przesady, wsiadłam, pojechałam, kupiłam i się uśmiechnęłam.

Oto moja Gila. Jest Wielbłądem ;)


ROWEROWY SAVOIR VIVRE

Żeby cieszyć się przejażdżką rowerową najpierw trzeba wybrać model bicykla. Zanim się wybierze ten model, należy się zastanowić- Góral czy Damka? U mnie Kolarka odpadła w przedbiegach.

Damka. Osobiście wyglądam na niej jak Dziunia, a nie Dam(k)a. Brakuje mi tylko …kiecki, chusty na łeb i kaloszy. Ale stajl to nie wszystko. Z jednej strony na takiej Damce są większe szanse by dogonić Body’ego i jego Kolarkę. Koła są trochę za wielkie, czuję się jak w cyrku, trochę rower jedzie sam, ale wogóle nie umie skręcać. Za duży on, albo ja za mała. Na Góralu z łatwością kręcę się w kółko, chociaż sam z siebie jechać nie chce. A Body ostatnio wspominał o wyścigach… Nie ma mowy! Raz byłam i się umęczyłam. On z uśmiechem i błyskiem w oczach hasał jak szalony po lasach i szosach, i górach, i dołach, a ja stałam i czekałam na mecie z aparatem w gotowości. Potem aparat padł i Body rozanielony wjechał na metę, umorusany jak sam diabeł. Upał był niemiłosierny, wszystko się kleiło do wszystkiego. W tłumie znalazłam go wśród zawodników wpychających sobie pomarańcze do ust. Kurz z piachem i sokiem sciekał im strużkami po szyjach i grzązł we włochach na klacie, a jak nie mieli włochów, to sciekał im ten sok dalej i niżej. A potem polali sobie wodą głowy i klaty, i ten sok z piachem i kurzem- tak, jak to robią kolarze w telewizji…Ja patrzę i widzę, że Body też rozmazany, bardzo z siebie dumny się uśmiecha. (A ja mu tak chciałam bardzo osobiście pogratulować… ). Tak więc wyścigom mówimy stanowczo nie! Mnie takie obklejanie zupełnie nie kręci, nie mam włochów na klacie, nie przepadam za pomarańczami, a męskie włochy wolę czyste i pachnące, miarowo poruszające się przez sen. W tym postanowieniu trwam uparcie (i skrycie)- choć nie wiem jak długo jeszcze uda mi się naciągać tę strunę…

No to góry…Góralka ze mnie żadna i wspinać się nie lubię- choć umiem- żeby nie było. Wolę morze…i w góry zaciągnąć się na rower nie dam. Z drugiej jednak strony na nasze polskie drogi Góral to, uwierzcie mi, naprawdę jedynie słuszny wybór.

Co więcej, jakiś mądry Pan powiedział, że taki rower wymusza postawę, która pozwala na równomierne obciążenie kręgosłupa podczas tzw turbulencji na trasie. Jednak syndrom zadartej głowy przez kilka kolejnych wieczorów boli niemiłosiernie gdzieś w ramionach. Należy więc mieć pod ręką albo niezmordowanego masażystę, albo apteczkę z żelami dla obolałych. Na szcęście i jedno i drugie mam. W porównaniu, na Dziuni lędźwia tłuką o siebie bezlitośnie. Kto ma do swojego kręgosłupa uzasadniony sentyment, powinien zwrócić na to uwagę.

No, ale wracając do Damki. Taka Dziunia może mieć lusterko, by widzieć co się za jej plecami dzieje, albo dwa by sobie poprawić makijaż na światłach- tak mówi Kasia. Body uważa, że Góralowi nie wypada mieć lusterka. Myślę, że do jego Kolarki by się przydało, na wspólne wypady- przestałby się za mną w kółko oglądać, bo to niebezpieczne kręcić głową przy takich zawrotnych prędkościach. (Nie ma czego zazdrościć- on sie ogląda nie z sentymentu, tylko sprawdza jak daleko mnie zgubił). W każdym razie ja się nie znam na rowerowym savoir vivre, ale mi się głową nie chce kręcić, a oczu z tyłu głowy nie mam i raz przeżyłam chwilę grozy sprawdzając co mi huczy za plecami.

Ale dalej. Nóżki Góral wystawiać też nie powinien, bo Góral opiera się o drzewo. Tłumaczę Body’emu, że jak Dziunia chce się zatrzymać to staje i tę nóżke wystawia, a nie szuka drzewa, ale on swoje, że nie uchodzi. Na pocieszenie pokazał mi sposób, aby sobie bez nóżki poradzić, ale o tym kiedy indziej. I koszyka Góralowi też nie wypada mieć. Góral wszystko jak wielbłąd na plecach nosi. Nie tylko swoje najpotrzebniejsze przydasie, ale i Jej, i wspólne też. I dzwonek też do Wielbłada nie pasuje (i co ja mam krzyczeć? „dryn” dryn”?)… Na szczęście błotniki mogą być i światełko być również musi. Uf

Nauka rowerowego savoir vivre trwa do dziś. Negocjacje również. Decyzji nie podjęłam. Pojechałam popatrzeć i pojeździć na różnych rowerach.

WIOSNA W SKRóCIE

To będzie bardzo duży skrót.

Początek tygodnia. Wyglądam wieczorem przez okno- zima. Śnieg pada i pada. Do rana wcale nie znika. Robi się pościelowo i grudniowo. Rano w radiu Pani upiera się, że to jednak już wiosna. Hmmm…Chwilę się nad tym zastanawiam, po czym zakładam wiosenne buty i zimową kurtkę. Idę. Nadal pada. Wielkie, białe płaty jak łupież z nieba przyklejają mi się do głowy. Nic nie widać, ale ładnie…

Już na przystanku chodnik wygląda jakby go ktoś wysmarował od niechcenia brudną ścierą do podłogi…

W autobusie grzeją… znaczy jest zima. Patrzę z góry na niedospanych kierowców stojących grzecznie w korku. Mają co najmniej tak głupie miny jak ja rano patrząc na wiosenną czapę śniegu przed drzwiami.

Jestem już prawie na drugim końcu Warszawy. Przestało padać. Niebo szare, gdzieś pomiędzy blokami zaczyna błękitnieć. Śnieg uszargany, wala się pomiędzy samochodami a chodnikami… czysta kwintesencja brudu.

Kiedy piję kawę pół godziny później świeci słońce. Po śniegu została tylko wilgotna plama na chodniku. Jest ciepło. Stoję z P. w samym polarze. Znaczy jest wiosna. Ze zdziwieniem mrużę oczy. Hmmm… To znaczy, że rano była zima, a po drugiej stronie Warszawy, godzinę później jest już inna pora roku? Duże to miasto…P. mówi, że kiedyś ktoś stwierdził, że granica pomiędzy Azją a Europą powinna przebiegać na Wiśle. Bardzo śmieszne…

Koniec tygodnia. Pory roku i temperatury na razie przestały się w kółko zmieniać. Ale za to czas się cofnął. W sobotę spadł deszcz i znowu wszystko się pokręciło. W niedzielę przyszło na chwilę lato-i to po azjatyckiej stronie Warszawy!

Prima Aprilis … :)

obraz2a.jpg

zima.jpg

obraz4.jpg

obraz1.jpg

obraz8.jpg

obraz11.jpg

Z BAJEK OPOWIADANYCH ULI, CZYLI KIEDY MARZENIA SPEłNIAJą SIę INACZEJ…

No bo tak, my baby obgadujemy też chłopów. Jest to prawda znana i wiedziana przez wszystkich. Na szczęście dla nas- i dla nich też- stwierdzamy z ulgą, że ktoś taki jak Super Facet nie istnieje.

Co najmniej jak Super Książę. Jest to o tyle pocieszające, gdyż żadna z nas nie jest Super Księżniczką. Osobiście uważam, ze być księżniczką jest bardzo męczące. Nigdy nią nie byłam, ale jako małej dziewczynce naopowiadali mi wystarczająco dużo bajek. Myślę, że to musi być strasznie nudne sypiać na ziarnkach grochu i wiecznie marudzić, że niewygodnie, że kłuje, dygąć dostojnie, gadać do lustereczka siedząc samotnie na wysokiej wieży i czekać w nieskończoność, aż jakiś zbłąkany książę raczy się pojawić. A jak już się za te siódme góry doczłapie biedaczek, buczeć w białą chusteczkę, że to znowu jakaś tandeta, i że jak on mógł tak łatwo się poddać i dać się pożreć temu małemu smokowi!!!! (Nie daj Boże jeśli książę jakimś cudem przeżyje i wysłuchiwać tego będzie musiał)….

No i podobno każda rasowa księżniczka ma swojego smoka. A im bardziej rasowa, tym większy z niego potwór. Bez niego przecież, nie byłaby księżniczką, a poza tym, gdyby nie jej smoczek, każdy obłąkaniec- nieświadom jej wielkiego szlachectwa- mógłby ją skraść, o ile by mu się chciało wędrować za te siódme góry i rzeki i lasy, a potem taszczyć jej lustereczka, chusteczki i groch, i słuchać bajek o jakimś smoku. No chyba, że przypadkiem zawędrował o jedną górę za daleko i bajki mu się pomyliły….

Na szczęście żyjemy w XXI wieku i mamy telefony komórkowe. Zawsze można zadzwonić do księżniczki z innej bajki i spytać, czy to aby nie jej zguba wałęsa się pod oknem … Tym sposobem uświadomiony książę, jak po nitce do kłębka wędruje znów przez te lasy i góry, kłębek robi się coraz większy i większy, aż powstaje wielkie kłębowisko, a nitka… coraz krótsza i krótsza niczym postronek. Nieszczęśliwa księżniczka wiernie czeka, aż zniecierpliwiona sama zabija smoka, a potem zalewa się łzami, bo wszystko nie tak miało być, że w bajce było inaczej, że czemu ten książę taki zmęczony po podróży, że nie stęskniony, że czemu mu się bajki pomyliły, że czemu ona tego smoka sama musiała…. Na koniec topi się biedaczka we łzach. Nieżywą księżniczkę chowa książę z honorami obok jej smoka, wkłada pod głowę baśnie i bajki, a w dłoń podręczny peryskop (gdyby na swoje nieszczęście się obudziła), kładzie się spać i czeka, a w nocy ma koszmary.

Śpiącego księcia budzi ze stuletniego snu królewna, ale to znowu zupełnie inna bajka…

SZEF LEF

szeflefl.jpg rys. Bździu

O czym gadają kobiety same przy kawie? Tajemnicy nie zdradzę, ale o rzeczach ważnych też często. A z tych mało ważnych… I tak ostatnio z A. radośnie obsmarowałyśmy każdego z naszych szefów porządnie, tym, na co według nas, zasługiwali. W końcu bezkarnie, głośno i wprost. Po wielu latach doświadczeń, zebrawszy materiał porównawczy dobrych kilka godzin zaśmiewałyśmy się do łez albo grzmiałyśmy groźnie, kiedy podnosił nam się poziom testosteronu (podobno kobiety też go mają). W kilku miejscach Warszawy paliły się na czerwono uszy. No bo taki szef jest czasem wdzięcznym katharsis , w ten sam sposób w jaki my jesteśmy dla niego owym „katharsis” podczas ośmiu godzin od poniedziałku do piątku.

Moi szefowie byli wyjątkowi. Ja miałam na przykład kiedyś takiego szefa, profesora poczciwego, szalonego naukowca, którego żona bardzo kochała. Bardzo miły był, ale współpraca z nim była ciężka i męcząca, a poza tym mało płacił. X lubił zgadywanki jak prawdziwa rasowa baba. Kazał się domyślać, czego to on mógłby chcieć natenczas, ciągle marudził, ale wprost nie powiedział. W pokoju ze mną dwóch sympatycznych tłumaczy nieustannie przekładało z polskiego na nasze. Wprawdzie statystycznie my kobiety nie mamy problemu z takimi rzeczami, tylko, że wówczas lubowałam się w domysłach odnośnie zupełnie kogoś innego…

Kolejny mój szef J. młody był. To znaczy bardzo chciał być i oryginalny też- naprawdę bardzo się starał. Nie wiem czy mądry był, nigdy się tym nie chwalił. Kochał marki i brandy, luksusowe samochody i pewne kobiety, a najbardziej zera na koncie. Jak na filmie. Na szczęście nikomu na czas nie zabrakło poczucia humoru…

Miałam też szefów, o których zapomniałam , zanim odebrałam od nich świadectwo pracy i takich, o których zapomnieć nie potrafię choćbym bardzo chciała. Niektórzy śmiertelnie poważni byli, a niektórzy zabawni, aż komiczni, a niektórych po prostu chyba nikt nie uświadomił. Na przykład szef K. się nie mył. To znaczy nie wiem na pewno i jak to było rzadko. Kiedyś w południe wrócił z podróży służbowej Lublin- Warszawa, a upał był okropny. Dawno to było, biuro małe i skromne, bez klimatyzacji, kilkanaście osób na kilku metrach… Powoli wszystkim robiło się niedobrze. Po trzech godzinach, kiedy zbliżało się spotkanie Szefa z ambasadorem, odetchnęłyśmy z ulgą pełni nadziei- K. poszedł do łazienki (z prysznicem). Ale, ku naszemu wielkiemu zdziwieniu, wyszedł z niej po minucie!!!ubrany w garnitur… Najważniejsze, że był prawdę kochany, wszyscy go lubiliśmy najbardziej ze wszystkich trzech szefów jacy tam urzędowali.

Ach i był jeszcze jeden taki wyrozumiały szef A. Młody, inteligentny, mądry i cwany. Robił mi kawę i karmił moje małe zwierzątko w płucach, upychał mi w głowie wieści i treści ważne i pożyteczne. Znałam go kilkanaście miesięcy. Po roku się okazało, że nie miał jaj. A potem stracił twarz. Czasem się zastanawiam czy on na pewno był mężczyzną, skoro nawet tego nie zauważył…

Teraz też mam szefa już całe dwa miesiące. Znalazłam go sobie w Internecie, spotkałam i zostałam. W przeciwieństwie do poprzedniego, mój szef:

Nie robi min, ale się uśmiecha,

Nie lekceważy –dba i docenia

Nie kłamie- mówi wprost

Nie zwodzi, nie obiecuje

Nie ma zawsze racji- nie jest wszechwiedzący

Nie patrzy z góry, lecz prosto w oczy

Wszystko słyszy i umie słuchać

Nie mądrzy się, ale rozmawia

Nie rozkazuje, ale mówi

Nie zapomina, choć też nie ma czasu

Nie miewa okresów, ani różnych syndromów

Robi dobre wrażenie, na dłużej niż na pierwszy rzut oka…

W końcu chce mi się przychodzić do pracy. A może… ja jestem po prostu złośliwa?… A na pewno zadowolona- w końcu! Mój szef jest na zmianę kobietą i mężczyzną i proszę się nie śmiać, bo ja mam dwóch szefów. A w zasadzie trzech. Ten trzeci też jest kobietą, ale to dopiero nowicjusz biedaczek… To ja. Ania. Kiedy sama sobie jestem sterem i okrętem…

POMYSŁ NA OSIEM GODZIN DZIENNIE

plaskorzezba.jpg 

Ta przeurocza płaskorzeźba wisi nad moim biurkiem przez osiem godzin dziennie. Czasami nawet dłużej…

Jest bardzo rano. Siedzę przed monitorem i jem kanapkę. Kursor miga mi przed oczami jak szalony. Biała plama robi się coraz bielsza. Bolą mnie oczy. Patrzę w okno i tęsknię za latem, za słońcem. Zamykam się zupełnie do wewnątrz i biała plama znika. Marzę, żeby się tak wziął ten monitor i choć raz sam zarobaczkował. W telefonie zaczyna dzwonić przypomnienie….

Burczy mi w brzuchu. W srebrnym zawiniątku od Body znajduję becik z chleba i jakiś plaster z czyjegoś karku. To chyba była świnia. A może krowa. W każdym razie smaczne. Piszę smsa, że pyszna ta świnia. Wielki kubek od B. szczelnie wypełniony brązowym wrzątkiem zaczyna przypominać mi miejsce, które tak chętnie zostawiłam miesiąc temu. Zamykam oczy i żuję powoli. W głowie przewracają się skrawki niedogryzionych myśli i mdłych skojarzeń. Z naprzeciwka słychać poranną audycję dla niezainteresowanych….

Dzwoni telefon…Zaczynam bębnić …Od razu powstaje cały pluton, potem drugi, a chwilę później już wielki odział robalów raźno maszeruje na wschód. Mrużę oczy, kręcę nosem.  Za chwilę ktoś coś, on przychodzi, ona odchodzi, mówi, opowiada, chcę, muszę, słucham, słyszę…wolę ciszę. Systematyczne pięciominutowe przerwy integracyjne z P. pozwalają robakom odetchnąć (Z ciekawostek- poznałam ciekawy przepis na  kurczaka przyrządzanego na smalcu i  wódce oraz kawę parzoną na usb, dowiedziałam się coś niecoś o lokalnych strategiach marketingowych i programach silnie motywacyjnych i nie tylko…) Potem kilka prób odkodowania drzwi i wielki kam bek… Mija jakiś czas i znów wielkie stada robaków maszerują po białej plamie z lewej na prawa, łączą się w szeregi i całe dywizje, aż powstaje wielka silna i zwarta armia. Potem małe przegrupowanie i wielka śmierć. I tak przez cały dzień.

Na koniec wszystkie robaki  muszą zmierzyć się z K …

A co potem? (wielka cisza… ;) )

Potem z Bodym wybieramy się na poszukiwanie kozy… ( ale o tym innym razem).

A wieczorem, kiedy księżyc świeci i śpią dzieci, zwijam się jak plasterek rolady we włochaty becik, zamykam oczy i zapominam o wszystkim do rana.

KUPIĘ SOBIE KOZĘ

A u mnie wcale nie po staremu.

Dużo się zmieniło przez te trzysta sześćdziesiąt pięć dni, na szczęście, na lepsze i najważniejsze, że nie samo. Tak w małym skrócie ….

Nowy Rok 2007 spędziłam z Pszczółką Mają i Jej Guciem. Po godzinie zjawili się Diabeł i Anioł oraz hiszpańsko koreańska para z Polski. Przy akompaniamencie gitary, szampana, opowieści dziwnej treści i Kota Marysi Peszek, przy kominku do samego rana witałam Nowy Rok. Czar Sylwestrowej Nocy trzymał mnie mocno i grzał przez następne dobrych kilka tygodni. Na szczęście.

Żadnych noworocznych postanowień nie było. Zupełny brak pomysłu na osiem godzin dziennie przepełzł ze starego roku.

Luty był smutny. Nieśmiałe noworoczno-wiosenne porządki w głowie i pożegnań c.d.

Potem bardzo długa i upierdliwa choroba zakończona nie mniej upierdliwym atakiem grafomanii. Upierdliwy brak pomysłu na osiem godzin dziennie i brak perspektyw na zmianę.

Marzec

W końcu. Pierwsze kroki na boki, ale też i do przodu. Magazynowy debiut mojej grafomanii. Wielka euforia. A potem… wielka cisza (ba! te dwa wyrazy mają jeszcze swoje drugie dno, ale o tym opowiem kiedy indziej, albo może Body spróbuje jak przestanie się ściskać z leniem… J).

Spotkanie z Olem. Wielkie Dzia/eło wpakowane w moje zszarzałe, rozleniwione komóreczki. Wielka burza dwóch mózgów i nie tylko.

Nie bolało, przynajmniej na początku. Pierwsze pozdrowienia od świerszcza, zwanego potem Bodym – wrócił uśmiech. Zupełny brak pomysłu na osiem godzin dziennie zaczynał być coraz bardziej męczący.

Kwiecień.

Morze i może. Działo się nie mało. Reaktywacja Mimi. Pierwszy projekt strony internetowej.

Warsztaty filmowo- fotograficzne Ola połączone z wykładami na temat wpływu Wielkiego Działa na moją sferę emocjonalną. Wszystkie projekty zakończone fiaskiem. Koniec kwietnia. Przybiegł Body i zabrał mnie do zamkowego Sandomierza, a potem nad morze. Początek ery Świętego Spokoju.

Zupełny brak pomysłu na osiem godzin dziennie c.d…..

Maj.

Zimny. Świętowałam kolejne dziesięciolecie istnienia. Mój zupełny brak pomysłu na osiem godzin dziennie też świętował swoją rocznicę… Żeby się pocieszyć, nasz pomysł na weekendy zmienił moją Wygodę w wygodę. Wrócił uśmiech. Pierwsze zabawy z aparatem. Pierwsze wrzutki blogowe. Święty Spokój rozciągnął się na całe lato i jesień, uśmiech ugrzązł w piachu, zatęskniłam za morzem.

Potem…

Zaczęłam pożerać wielką literaturę, chodzić do kina i na film, pić wino na premierach i po, popijać kolorowe koktajle przez długie słomki, tańczyć w tzw. klubach, nocą przesiadywać na plaży, na werandzie, na grillach, kajakach, czołgach, kawkach i herbatkach…kocham lato!!!

A potem… nagle się skończyło…

Nie mam czasu!!!!

Nie mam czasu, siły ani możliwości się zaczytać, a moje ostatnie seanse filmowe trącą przypadkowością i konformizmem. Na zaproszenie, na voucher, na kanapie, na chybił trafił.

Na przykład na zaproszenie…Pamiętam, byliśmy najpierw na kawę na chwilę, a potem lampka wina na dobry humor (Ukryta strategia hehe). Na koniec kolejna lampka wina na pocieszenie. Kiedy Body spytał jak film, przypomniało mi się jak byliśmy mali i były takie syfony do wody sodowej na naboje. Wlewało się do szklanki soku, robiło syfonem pssssssiiiiik i powstawał bąbelkowy sok owocowy. Tak było z tym filmem. Bardzo zaangażowany silny koncentrat wielkich prawd i bystrych analiz współczesnych postaw Amerykanów wobec wojny, na dodatek wtryśnięty pod wysokim ciśnieniem prosto do gardła.

Był też film numer 23 z Jimem Carrey’em, człowiekiem małpą w roli po raz pierwszy przeze mnie widzianej bardzo poważnej, że aż do przesady. Tyle zapamiętałam z tego filmu, ba! nawet tytuł! Bździu! Chyba dużo za dużo.

A na kanapie?…hmmm naprawdę niezłe Good night good luck, kiedy ćwiczyłam czytanie po polsku ze słuchaniem po angielsku. Finalnie zrozumiałam po swojemu.

„Dziękujemy za palenie” tez było na kanapie, ale na raty, tez niezłe, tez sobie poćwiczyłam.

Chce do kina!!!…

Nie mam czasu…

Rozmawiałam o tym z K. Chyba jednak kupię od Żyda tę kozę.

(Nie wiem tylko co na to Body…)

Na zakończenie dwa ważne ciągi dalsze z lat wcześniejszych.

Spotkałam się z Anią sprzed roku, dwóch i trzech lat. Pamiętam z tych spotkań bardzo dużo, zwłaszcza jak wcześniejsze miesiące nagle skuliły się do rozmiaru wysuszonego rodzynka. Mozolnie i wcale z różnym skutkiem wciąż wracają do swojej dawnej postaci.

No i w końcu! Mam pomysł na swoje osiem godzin dziennie i jestem szczęśliwa. Podoba mi się też innych pomysł na moje osiem godzin dziennie, ale najbardziej na te osiem… potem…

Aha. Nowy Rok 2008 spędziłam wiadomo gdzie- nad morzem!

Pięknie, cicho, niespokojnie, leniwie. Totalny reset, więc…

Teraz wszystko będzie inaczej ;)

Aha! W sobotę kupuję sobie kozę, więc reszta zdjęć oraz ciag dalszy już wkrótce ;)

Luty

Luty

Marzec

Marzec 1

Marzec 2

Kwiecień

Kwiecień 1

Kwiecień 2

Kwiecień 3

morski śmietnik…właśnie tam znalazłam piękne bursztyny- po raz pierwszy wieksze od okruchów chleba

Kościół w Sandomierzu. Pamiętam spacery wieczorem po tej ślicznej zielonej trawie i rozmowy na murku o tam!… wysoko :)

Ten ponad dwumetrowy obraz wisiał nad bardzo stromymi schodami w dół, na pierwszym piętrze, w pensjonacie, w którym się zatrzymaliśmy. Ujmujący, jak całe wnętrze pełne niekonwencjonalnych, czasem antycznych bibelotów i przydasie. A wracając do obrazu, zastanawiam się ile osób wyrżnęło w dół … ja przyznaję o mały włos raz nie spadłam ze schodów :)

Krzyżtopór

Maj

Czerwiec

Byłam tez na paru maratonach. Podawałam banany i batony, pocieszałam i biłam brawo…poniżej: w Chęcinach

Lipiec

Roboty remontowo budowlane ciągnęły się całe lato na przemian z ogniskami i wyjazdami. Wyglądaliśmy o tak! i mieliśmy tego wszystkiego tez o tak! ja robię zdjęcie, ale wygladam nie lepiej.

Sierpień

na_grillu.jpg

ja_pierdole.jpg

MAŁY i DUŻY część 2

To była naprawdę straszna noc.

Wracając przez las do domu Łysy świecił między drzewami jak wielki reflektor na stadionie. Przejechał pociąg i zrobiło się upiornie. Trochę sie bałam, ale Body szedł pewnie przodem kopiąc mokre liście. Dreptałam za nim milcząc jakby mnie tam wcale nie było tak, że musiał się odwracać i sprawdzać czy mnie jakieś złe licho nie porwało. Było zimno, mokro i chociaż Łysy dawał wystarczająco dużo światła, nic nie widziałam, parowały okulary, co chwila robiło sie miękko i przyklejały się buty do uktrytego pod liśćmi śliskiego błota. Po trzystu metrach tam, gdzie spalił się dom skończył się las, po następnych stu pojawili się Mały i Duży. Pomimo, że w domu było ciepło i miło, atmosfera z lasu przywlokła się za nami i się zrobiła zimna i straszna. 

Czyj to był pomysł, nie powiem. Są trzy wersje: Jego, Jej i Ich. Jej jest wszystko jedno, On się nie przyznaje, Im się podobało… Mały i Duży zostali w domu na noc. Dla Małego to nie był pierwszy raz, jednak wówczas z tęsknoty za Dużym o trzeciej nad ranem pozrzucał kwiatki z parapetu i od tamtej pory spał już tylko z nim w koszu, ale na dworze.

Ową koszmarną noc przespałam na raty. Śniło mi się, że leżałam na linii frontu, a w pokojach, po drewnianej podłodze galopowały szalone stada miauczących koni, a ja nie mogłam usnąć… Łysy się gapił przez okna, chciało mi się wyć…Rano rozpoczął się koszmaru ciąg dalszy. Jedząc śniadanie mnie zatkało. Dwa dni później zatkało Body przed wyjściem z domu w innym miejscu. Potem, gdy uświadomiłam sobie, że Duży jest już siedmiomiesięcznym kotem wyrzuciłam torebkę i szalik. Przez mój sentyment do tego czerwonego szalika kilka razy trzeba było wszystko prać. Po jakimś czasie znów nas zatkało na chwilę. Gdyby Duży się tak nie lasnował, pewnie by grzecznie spał w przedpokoju, a tak…Body zbudował im domek. Już nie jestem wściekła. Już nie jestem zła. Jak już nas odetkało ustaliliśMY, że Oni zostaną, ale na zewnątrz, na zawsze. 

On nie mówi do Niej już “kotku”, Łysy zakrył się chmurami, a Jej znów śnią się już tylko nieme motyle. Po Nich została plama na dywanie po wodzie z kwiatami, rozbita doniczka i obdrapany, ogrodowy bez. I to już koniec tej historii w dwóch częściach. Epilog na wiosnę (…).

GŁUPIE I BRZYDKIE for ju maj Bździu… :)

Bździu, miało być głupie i brzydkie, więc … :)

wszystkie zdjęcia robiłam moją komórką, więc kryterium pierwsze: brzydkie zostało spełnione.

Co do kategorii drugiej: głupie- oceń sama.

Góraszka czerwiec 2007

Pan Młody na trzy godziny przed swoim ślubem….2007

Tanie noclegi w Warszawie, Stegny 2007

Warszawska Ochota 2007

Warszawa Centrum ul. Bracka 2007

Warszawa Rembertów 2007 szklarz? skład? skup?….

Otwock wrzesień 2007, na dworze kilka stopni…

Warszawa Praga 2007

Warszawa Praga 2007

I jak? :)

MAŁY i DUŻY część 1

 

Miałam kiedyś psa. Najmądrzejszą najukochańszą psinę na świecie. Przyszła zima i moja kochana psa zachorowała ciężko i umarła. Postanowiłam, że nigdy więcej nie będę miała ani psa, ani innego zwierzęcia hodować nie będę. Tym, które się same wyhodują przeszkadzać nie mam zamiaru, o ile hodować się będą we własnym, a nie w moim domu. Żadnych myszy, pająków, robaków, much ani os. I tak, wszystkie zostały wypuszczane na wolność „z tarczą”, a jak nie chciały to „na tarczy”. Taki lajf…

Pewnego dnia podczas spóźnionych porządków wiosennych Body znalazł za domem dwa ślepe kotki. Byłam zła. Wiedziałam, że mi się zrobi ich żal! Wiedziałam!!…Ale nocą przyszła ich mama i kotki zabrała. Odetchnęłam z ulgą, lecz nie na długo. Po jakimś czasie wszystkie koty wróciły, na dodatek z jakimś bratem albo tatą. Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!  

Po miesiącu z czterech kotów zostały dwa- jeden Duży, drugi Mały.

Latem, kiedy świeciło słońce Mały i Duży, albo wylegiwały się u sąsiadów na ławce, albo ganiały za motylami po mojej nieskoszonej trawie. Kiedy padał deszcz siedziały pod Bodiego samochodem. Znowu byłam zła. Znowu wiedziałam, że będzie mi ich żal. Po tygodniu kotki miały już swój koszyk i kocyk, i małą zieloną miseczkę. Body karmił je tak dobrze, aż im brzuszki urosły. Fama poszła i od czasu do czasu jakiś obcy kot próbował podejść bliżej. Aż tak dobrego serca to ja nie mam- musiały iść precz. Z czasem, kiedy wracałam do domu, kilka metrów przed furtką odwracałam się i zawsze za sobą widziałam patrzące na mnie zielone oczy świecące niczym latarki z błagalnym wyrazem na pysku „proszę, daj mi jeść…”

Jest jesień. Idzie zima. Jestem wściekła….

Późnym wieczorem, gdy temperatura jest poniżej zera, czasem nie domykamy drzwi i dygocące z zimna koty wchodzą do domu się ogrzać. Jakiś czas temu wpadliśmy na pomysł, żeby kupić kuwetę, zamknąć je w przedpokoju i poczekać do wiosny… Wstawiliśmy pudełko z piaskiem na próbę (co zresztą w sposób okrutny zostało na nas wymuszone). Mały kot okazał się bardzo pojętny.  Zaczął traktować mój dom jak toaletę. Wchodził, robił co musiał w moje pudełka po butach z piaskiem i natychmiast wychodził na dwór…hmmm …Tydzień temu kupiliśmy kuwetę ze żwirkiem. Na początku mały kot bawił się w niej jak dzieci w piaskownicy. Stałam i patrzyłam z niedowierzaniem. Z psami jednak jest trochę inaczej….

C.D.N.