PAPIEROSY SĄ DO DUPY

•czerwiec 12, 2009 • Komentarzy: 3

Niech nikt nie liczy na moją spowiedź, ani przemądrzałe dyrdymały. Zdecydowanie wolę zdrowo się pośmiać, choćby z siebie, niż stękać. Tak więc, zwlokę się z Loży Szyderców i usiądę na scenie. Na chwilę :)

PAPIEROSY SĄ DO DUPY

JEDNYM SŁOWEM…HELOOOOOU

•maj 29, 2009 • Skomentuj

koza mundka_1- AUTOR NIEZNANY

No właśnie. Miało nie być bloga, a napisałam. Ale przecież nic nie obiecałam.

A poza tym i po pierwsze-

tylko krowa nie zmienia poglądów i zawsze żre trawę (wiem, wiem, lubię to powtarzać), a ja nie znoszę „zawsze” , a na krowy mam alergię.

Po drugie-

jestem kobietą, a  kobieta zmienną jest.

No i po trzecie-

ha! i najważniejsze! ja uwielbiam mówić!!!! (to wie każdy, kto mnie zna, albo za takiego się uważa).  W tym sęk. Pasjami wręcz rozwodzić się, przemawiać,  nadawać… Jak ? Tak jak jeździć samochodem- szybko i dużo! (Cóż za adrenalina!… ) Co w głowie, to na języku!… Poezja!… Na szczęście z domu bogata jestem, więc żyjąc w takim luksusie, mogę sobie pozwolić na komfort mielenia językiem, co niniejszym czynię z wielką przyjemnością! :)

A co ja przez te pół roku robiłam?

hmmm milczałam…

Tylko obżerałam się słowami. Jadłam, ssałam, gryzłam, żułam. Nadstawiałam ucha jak otwartą gębę i garściami wrzucałam słowa do środka. Słuchałam. Żeby nie było- nie byle czego, wybredna jestem. Nie interesowały mnie zapychacze …wzmacniacze …. barwniki… – to pospolity przerost formy nad treścią, mój drogi P. Ni nie grzebałam w śmietnikach ludzkich słowotoków, aczkolwiek mając wrodzoną skłonność do prostoty, nie pogardziłam groszami leżącymi na ulicy o nominałach na „k” albo na „ch” (na “p” również)…

Żarłam pół roku, a może to był rok… na wiosnę ociężała, przeżarta jak tucznik, wyplułam daleko przed siebie cytaty, z tych, których się nie zapomina, wyrzygałam ciężkostrawne prawdy już niczyje, zrobiłam wielkę kupę z niestrawionych wspomnień. Nie musiałam tak zrobić … ale sram na to, chociaż wcale nie trzeba.

Przez ten czas przytyłam- odłożyłam wiele treści …  dziś znów bogata mogę szastać słowami, kiedy mam kaprys.

* * *

Więc jeśli do Ciebie nie mówiłam … albo bardzo mało lub z niechęcią…  jeśli  ubierałam słowa w gorset dobrych manier, jeśli wyjmowałam z ust słowa i wielkimi literami celowałam prosto w oczy to…

zamilcz

ZMIANA REPERTUARU- PRZERWA TECHNICZNA DO MAJA 2009 słowem wstępu na dowidzenia…

•październik 7, 2008 • Komentarzy: 2

Galindia 2008

Zielone  światła nie palą się wiecznie. Nie spieszę się, więc zeszłam z torów.

Wszystko zaczęło wyglądać inaczej…. A ja wtedy to niewszystko, grzecznie, za guziki, za nogawki, za rękawy wywlekłam na lewą stronę, rozłożyłam tyłem na przód, wykręciłam z prawa na lewo, postawiłam do góry nogami, powiesiłam na włosku…. Ja żem to zrobiła! JA! A niech wisi. Nie utonie.

Rozprułam poduszki, wypuściłam pierze. No i jak to piszą na tlenie SZOK! Jestem na nie uczulona… (Idioci! Przecież ani na chwilę o tym nie zapomniałam). Zerwałam metki i rozprułam szwy, powyrywałam guziki, wycięłam kieszenie… W jednej z nich znalazłam kompas. Taki mały… Taki mały i taki uparty. Hmm i to bardziej niż ja… (kolejny SZOK hehe).

Powiesiłam kompas nad łóżkiem. Wierzę, że grawitacja to potężna siła…

C.d.n. w maju 2009. Zapowiedź wyżej (zdjęcie wykonane w Galindii na Mazurach wrzesień 2008)

Tak więc… do maja ;)

STACJA KOŃCOWA

•wrzesień 8, 2008 • Komentarzy: 10

Stacja końcowa. Wrzesień. Jestem teraz na tej stacji sama. Straszne zadupie, nic tu nie jeździ, nikt nie łazi, zwrotnice stoją puste. Na szczęście. Mój pociąg odjechał już dawno. Szybko wysiadłam, a on zniknął za horyzontem nim światło zmieniło się na czerwone. (Zawsze lubiłam jeździć pociągami, uwierzcie, że ten naprawdę był wyjątkowy!!! )

Dobrze. Nie to miałam powiedzieć. Chodzi o to, że dalej postanowiłam iść na piechotę. Gdzie? Bardzo daleko! A mówiąc wprost i bez ogródek, kiedy minę te zielone światła na horyzoncie, ten blog zostanie zawieszony, albo usunięty. I to na tyle. Nie mam nic więcej ciekawego do powiedzenia … ;) przynajmniej w kwestii tego bloga.

Zanim jednak tak się stanie, specjalne podziękowania dla wszystkich Was ważnych-obecnych przy powstawaniu i życiu tego bloga:

Olu- za pomysł i inspirację oraz, jak zauważyłam, nieustającą od wielu miesięcy wierną publiczność ;)

Marcinie- za ogromne, naprawdę godne podziwu wsparcie i doping

Weronko- za trzymające mnie w dobrej formie “fiu-bździu”

Michale- za niepospolite poczucie humoru hehe

Kasiu- za uwagi mocno zaangażowane

oraz Tobie Konradzie za niespotykane wyczucie czasu i miejsca oraz za to zdjęcie

Ania

Zełwągi 2008- Galeria Królicza Nora

•sierpień 19, 2008 • Komentarzy: 2

Zełwągi koło Mikołajek. Z zeszłorocznego czaru tego miejsca pozostały tylko wspomnienia. Kajaki, łódki, ryby na wędki, z grilla, karciane porażki, rowerowe przejażdżki, spacery, zachody słońca, burze, opowieści, wszystko w tym roku miało smak taniego żarcia z mikrofalówki. Więc….nikomu nie było niczego żal, nikt niczego już nie szukał, nawet nie próbował wskrzeszać. I w ten oto sposób powstał pomysł, aby z Zełwąg zrobić bazę wypadową. Eksplorować miejsca, jeziora, zrywać obojętną przeciętność z widoków mijanych  mimochodem samochodem, wgryźć się w ich indywidualny charakter, posłuchać prawdziwych i nieprawdziwych opowieści Mazurów, wydłubać wszystko, czego nie ma w przewodnikach, w podręcznikach, albumach i tak dalej… Pomysł wyrżnął i utopił się w jeziorze. Nie krzyczał o pomoc, nikt go nie ratował, nie szukał, nikt nie zauważył jego zniknięcia, każdy zapomniał. Bilans chęci i niechęci.

Ale żeby nie było, że ze mnie totalna ignorantka. Dowiedziałam się, że co roku na wiosnę wybiera się w tym miejscu ponad dwie tony śmieci na głębokości do jednego metra (nie pomagają prośby o wyrzucanie ich gdzie bądź, nawet do wielkiego śmietnika obok, nie rozumiem, czemu akurat koniecznie trzeba do jeziora!!), że chociaż płaci się za pozwolenie połowu 130 złoty/ 2 wędki, to zarybia się te kałuże głównie karpiami, że za wszystko trzeba płacić kolosalne podatki,-dla przykładu za prywatne pomosty (ktoś mówił, że za taki o długości 50 metrów aż 10 tysięcy złotych rocznie- oczywiście konserwacja we własnym zakresie), że motorówka kosztuje ponad tysiąc złotych za godzinę, nas stać, a Niemców nie…słuchałam, słuchałam, potem uciekłam.

Snułam się, snułam i tak znalazłam się w Norze. Potem w końcu wysnułam wniosek, że tu jest moje miejsce na najbliższy tydzień. (Czasem mi się tak zdarza coś wysnuć, ale zupełnie przypadkiem, ale tylko czasem. Nie jestem w  snuciu wyspecjalizowana, ani nie mam patentu na trafianie wprost do takich miejsc, czego żałuję. Taki podróżnik to pewnie ma pewnie nosa. Od razu wie gdzie zajrzeć. A ja nie. Jeśli wystawię czujki ciekawości, zaraz spod ziemi wyrastają imitacje i podróby. Przekonywanie siebie o wyjątkowości niewyjątkowego męczy i irytuje, robię się okrutnie upierdliwa i marudna- wszystkim, którzy tego zaznali, szczerze w tym miejscu współczuję.

Galeria Królicza Nora. Taka nora na brzegu lasu, za zakrętami, za pagórkami, za domami, na samym końcu wsi. Domeczek spokojnej chwili, czarnej kawy i grubej książki, pobielony, z kwiatami, płotkiem, beznadziejnym sztucznym stawem, widokiem na polanę i wzgórze i las, jak z filmu, jak z książki, jakiego nie znalazłam nigdzie indziej. Bardzo szybko zaszyłam się w tej norze za piętnaście złoty za  dobę, na całe kilka dni. Wyjątkowość tego miejsca bynajmniej nie polegała na samym porównaniu z… Raczej wynikła z … zaskoczenia.

Kilka dni temu.

Młoda dziewczyna z dredami na głowie, w turkusowych trampkach, z piękną ,uśmiechniętą twarzą myli notorycznie potrawy i słodko bredzi. Właściciel przy barze śmiejąc się ,poprawia ją kwiecista polszczyzną, prezentuje specjały swojej nory po swojemu. Ładna scena. Ona patrzy się, w kółko się uśmiecha i uczy (raczej bez skutku:)). Czasem, nie wystawiając głowy zza winkla, kucharz deklamuje, poleca, namawia, mieszając chochlą w garze. Nie ma mikrofali, na wszystko się czeka i czeka, oczywiście można się nie doczekać- mi się zdarzyło. Ale wszyscy mają dobry humor. Idę na werandę nie do końca z tym co zamówiłam, jem i mrużę oczy… polana, dolina, taki zakątek, w który każdy choć raz wbił wzrok przez chwilę i zostawił tam kilka myśli. Kiedy robi się za głośno od amatorów wrzasków wchodzę do środka i zaszywam się w swoim kącie. Pani w turkusie przynosi mi wielki kubas herbaty z cytryną. Słucham muzyki. Idealnie mój gust. Potem okazuje się, że nie tylko mój. Zgrywam muzykę na laptopa, ja nie pierwsza, ja nie ostatnia, zostawiam kilka swoich utworów dla innych. Cały dzień siedzę i delektuję się jak mi po plecach ciarki wędrują… Czysty kondensat przyjemności i świętego spokoju.

Tak wiem, pojechałam na Mazury i zaszyłam się w norze. Ale naprawdę- warto było! Powiem więcej- odczuwam wszelkie syndromy zakochania. Nie wiem czy można zakochać się w miejscu, ale ja naprawdę się zdrowo bujnęłam. Moje zachowanie można uznać za nieracjonalne. Poziom serotoniny, adrenaliny i czegoś tam jeszcze skacze wysoko na samą myśl, a oczy mam jak pięciozłotówki. I tak tu siedzę. Dzień cały od porannej kawy do wieczornych napojów rozweselających. Każdy wchodzi, uśmiecha się: „Dzień dobry, to znowu ja”. Żeby nie było tak pięknie i słodko. Zabłądziła tu również plaga amatorów Legii. Zostali wyprowadzeni przez dorodnego Mazura jednym słowem „wyyyychooooodziiiimyyyy”!!!…. Cóż za siła przekonywania!

Dziś

Wróciłam. Tęsknię…

MAŁY I DUŻY- EPILOG (MARTWA NATURA czyli NI TO NI COŚ)

•sierpień 4, 2008 • Skomentuj

przyzwyczaić się — przyzwyczajać się
1. «zacząć traktować coś lub kogoś nieznanego jako coś normalnego lub kogoś znanego»
2. «zacząć stale potrzebować czegoś lub czyjejś obecności»
3. «nabrać nawyku lub przystosować się do czegoś»

Przyzwyczajenia nie leżą w mojej naturze, ani nie są moją drugą naturą. Ani pierwszą, ani trzecią, ani ani … Kiedy tylko zda mi się, że jednak… chyba… troszeczkę… już się przyzwyczaiłam, jakaś inna natura już otwiera paszczę i ryczy groźnie “Aaaaa!!!…”.

“Przy” moich zwyczajach jest kapryśne.

Przyzwyczaiłam się na przykład, że jest ciepło, a tu już najdłuższy dzień mamy za sobą. Przyzwyczaiłam się, że nigdy nie wiem co mam w torebce… Owszem podejmuję próby przyzwyczajenia się do odzwyczajenia od tego przyzwyczajenia. Co tydzień wyrzucam z wielkiego brzucha torby bilety do kina, paczki po gumach do żucia, numery telefonów do niewiemkogoś…  Potem z tych śmieci układam każdy dzień po kolei… robię małe podsumowanie… i gdy torba jest już pusta, układam w niej plany na najbliższe kilka dni- wkładam książkę, rachunki, listę spraw, telefony do wiemkogoś, klucze i dużo innych bardzo potrzebnych tylko kobietom rzeczy…. Układam hierarchicznie, zapinam i zasuwam kolejno sprawy i wydarzenia na każdy dzień. Wszystko ma swoje miejsce- ważne na górze, mniej ważne na dole. Mam nadzieję, że  się przyzwyczaję do tej harmonii…. Niestety….

Tak samo było z przyzwyczajaniem się do okularów i …poszły sobie w świat, zabytkowy telewizor też.

Przyzwyczaiłam się, że jest tylko Mały i Duży, a już zimą przydreptał jeszcze ślepy, wygłodniały epilog całej historii- czarna (na zdjęciu) kicia albo kić. Wydaje mi się, że to kić- po tych wszystkich groźnych minach i awanturach- czarny, wścibski kić niedotykalski. Kić, zwany Epilogiem alias Killerem, szybko się przyzwyczaił do mojej poduszki na werandzie i wszystkiego co jest moje, za nic natomiast nie chce przyzwyczaić się do faktu, że dostojny Duży tu rządzi, za co dostaje systematycznie od niego porządny łomot.

Moja natura nie potrafi przylgnąć do zwyczaju i się zwyczajnie przyzwyczaić do niego. Perfekcyjnie natomiast przyzwyczaiłam się do odzwyczajania.

odzwyczaić się — odzwyczajać się
1. «wyzbyć się jakiegoś przyzwyczajenia lub nałogu»
2. «poprzez dłuższy brak kontaktu z kimś lub z czymś przestać uważać obecność tego kogoś lub czegoś za coś naturalnego»

Można odzwyczajać się nagle. Zamknąwszy za sobą drzwi, oddać klucz, stęknąć boleśnie i tęskno po czym pokornie odzwyczaić się od widoku np urlopowego morza. Na drugi dzień siedząc w pracy, można nawet zapomnieć, że się tam w ogóle było.

Można się odzwyczajać świadomie.

Można się odzwyczajać na siłę.

Można się odzwyczajać z rozsądku.

Można się odzwyczajać bez skutku.

Można odzwyczajać się po cichu. Powoli wyjmując po jednej skarpetce z szafy, upychać ją głęboko do kieszeni tak, żeby nikt nie zauważył… Można nawet wmówić sobie, że to tylko na zmianę i że nic się nie stało.  Po jakimś czasie, gdy nie będzie żadnych dowodów w sprawie, przyzwyczajenie zostanie oddalone. Zostanie się odzwyczajonym od przyzwyczajenia. Odzwyczaiłam się po cichu, że zimą nie ma już na Gwiazdkę śniegu. Wspomnienia śnieżnych kulek jak białe skarpetki wepchnęłam głęboko w niepamięć z dzieciństwa.

Można się odzwyczajać zupełnie niechcący. Naprawdę zupełnie niechcący naprawdę nie mieć czasu, przyzwyczaić się do naprawdę niekwestionowalnego stanu nieposiadania i już po chwili niechcący jest się odzwyczajonym. Odzwyczaiłam się zupełnie i niechcący (naprawdę nie zauważyłam!), że mój Czas już się mnie nie słucha, nie zważa, nie zauważa, nie liczy się ze mną, w swoich planach po cichu negocjuje z Kimś innym. Ja, PANI swojego Czasu widzę, że w moim PANIstwie źle się dzieje. Tygodnie i godziny- wielka arystokracja, odzwyczajona od bata przyzwyczajeń, obecnie mając największe przywileje dżądzi się sama. Minuty- mali kolaboranci, schowali się za plecami godzin … A ja PANI szukam mojego Czasu właśnie teraz. Stęskniona i zła, okrutna i bezwzględna, żądam władzy i posłuszeństwa! Rzucam groźnym okiem po moim PANIstwie, zabieram każdemu co moje- każdą najmniejszą chwileczkę i momencik, każde spóźnienie i każde “za wcześnie”. Nieprzyzwyczajona do takich zwyczajów, dawno odzwyczajona od demokracji we własnym PANIstwie, JA, PANI mojego Czasu zbieram swoje miliony sekund i odzwyczajam te paniska od wakacyjnej anarchii!!!…

***

Można się odzwyczajać dla czyjegoś dobra, na dobre

i na złe

na zawsze

na szczęście…

ZOBACZYĆ LICHO NA WŁASNE OCZY

•lipiec 15, 2008 • 1 komentarz

Jakiś czas temu zepsuły mi się oczy. Coraz częściej wieczorami świat przypominał rzewnie zamglone zjawy, jak filmowe retrospekcje z taniego, sentymentalnego filmu. Wszystkie szczegóły i krawędzie przenikały do zewnątrz. Miałam wrażenie jakby mi ktoś przed nosem postawił tłustą szybę. Nie raz stałam w super, hiper, albo zwykłym markecie i mrużąc idiotycznie oczy (jakby to cokolwiek pomagało) pytałam co dają w tej alejce, i co tam jest napisane tymi czarnymi, wielkimi literami… Autobusy zaczęły jeździć z tymi samymi numerami,  ludzie wyglądać tak samo. Kiedy skóra pod oczami zaczęła się krzywić i marszczyć, pod wieczór wyglądając jak porysowane szkło, postanowiłam sprawić sobie okulary (eh my kobiety…).

***

Ilość informacji była porażająca. Jadąc przez centrum miasta, czułam się jakbym była tu po raz pierwszy. Z dziecięcą radością, co najmniej jak wówczas, gdy uczyłam się składać litery w wyrazy, przeczytałam wszystkie reklamy. Wiedziałam, że wiszą tam już od miesiąca. Poznawałam znajome robaczki na rozkładach jazdy pociągów i numery autobusów. Raz weszłam do Złotych Tarasów. Zamiast drżącej kolorowej plamy, kołysała się na przeciwko mnie wyraźnie piękna kobieta z kolorowymi kolczykami w uszach i apaszką na szyi w motyle. Pan, również piękny, trzymał ją za rękę i mruczał coś zerkając na nią nieśmiało. Na ruchomych schodach inny Pan, w nienagannie uprasowanej koszuli zapinanej na zielone spinki, trzymał w ręku “Politykę”. Pani przede mną rozpiął się guzik w sukience. Dalej przed drzwiami obrotowymi dziewczyna przewracała oczami stojąc bokiem do młodzieńca, niezadowolona widać…. W końcu w kinie siadłam razem z innymi w środkowym rzędzie… Aaaaaaa potem zakręciło mi się porządnie w głowie…Pod wieczór rozbolała na dobre.

***

A jednak… nadal miałam wrażenie, że dzieli mnie od świata kolejna szyba. Tym razem okrągła, w kształcie wielkiego, szklanego oka z metalowymi rzęsami i trzymadłem za uszy. Grzecznie, podczas każdej rozmowy, zdejmowałam te sztuczne oczy by nie obrazić rozmówcy (tak mi się ubzdurało). Aby zerknąć na przystojnego mężczyznę, musiałam się cała obrócić i, dosłownie- bezczelnie, zawiesić na nim wzrok….  Świat widziany szklanym okiem-olbrzymem owszem był bardzo pięknie drobiazgowy, ale fragmentaryczny, jak wielki odprysk rzeczywistości obserwowany pod lupą…(to chyba tak samo jakby mieć oczy bardzo głęboko wepchnięte w twarz). Moja zdolność widzenia subtelnych drobiazgów, czytania między tak zwanymi wierszami, wyczuwania “podszewki” rzeczywistości zmalała drastycznie. Nie widziałam – nie wiedziałam. Pozostałe zmysły się nie wyostrzały, nie pomagały. Późnym wieczorem, gdy moje ciało leżało zmęczone, gotowe do popadnięcia w stan błogiej nieprzytomności, mój mózg, najpierw użerał się się z moją niemocą popadnięcia, a potem gdy w końcu popadłam, gryzł, memłał, dławił się tą ciężkostrawną papką mleczno- kolorowych okruchów dnia. Nie raz przewracając się z boku na bok, popadając i popadając, ale w sen popaść nie mogąc, wsłuchiwałam się w desperacką gonitwę szarych komórek…

***

Napawdę bardzo starałam się nie uzależnić od tego sztucznego oka, by jeśli okulary licho porwie, nie zwariować. Nie muszę mówić jak się szuka okularów bez okularów…

Minęło trochę czasu, przyszło licho, porwało i uciekło…. I znów jest wesoło :)

ŚMIERĆ W MOIM DOMU. NATURALNA

•lipiec 7, 2008 • Skomentuj

Raz widziałam ją w tramwaju wędrującą pomiędzy drugim a trzecim akapitem grubej książki o Biegunach. Potem, wyskoczyła z moich włosów na poczcie i usiadła na marginesie lewej strony. Przedwczoraj zalazłam ją taką bezbronną w gąszczu kwiatów, kołyszącą się na liściu surfinii.

Miały najwyżej dwa milimetry wielkości. Zjadły je jakieś szybkie owady po tym, jak zostały wyrzucone przez okno.

Mieszka pomiędzy jałowcem a brzoskwinią. Zjada tłuste muchy na obiad i to co one zjadają wcześniej kotom, albo po kotach… Na zdjęciu ma już w brzuchu: muchę, serce kurczaka, “po kotach” (potocznie zwane kupą), niezidentyfikowane ulepszacze do drobiu, robaki … co najmniej. Żyje i ma się dobrze.

To jest Mały juz duży i jego dzisiejszy obiad.

GŁUPIE I BRZYDKIE c.d.

•czerwiec 24, 2008 • Komentarzy: 2

Kontynuacja brzydkich, bo robionych aparatem telefonicznym i głupich zdjęć. Mi się podoba :)

ulica Bora- Komorowskiego w Warszawie

skrzyżowanie ulic Marsa i Chełmzyńskiej w Warszawie. Na tym placu kiedyś był parking. Na miejscu tzw biura można teraz wygodnie usiąść i przyglądać się codziennym korkom ulicznym i niecodziennym wypadkom.

A to najciekawsze znalezisko i jedna z najciekawszych bzdur. Poczta Główna w Warszawie. Wyobrażam sobie, że jestem niepełnosprawna i jeżdżę na wózku inwalidzkim. Aby zmieścić się do tej budki, muszę wstać z wózka i stanąć na czyiś zdrowych nogach, wejść i podnieść rękę, aby dosięgnąć aparatu telefonicznego. No chyba, że to na tym stanowisku jest, jak sama nazwa wskazuje, aparat, który automatycznie sam wykona za mnie połączenie…

Bardzo praktyczny sklep przy ulicy Potockich. Tu kupisz wszystko. Nie masz z kim zostawić dziecka, a musisz naprawić samochód? A na dodatek kupić prezent po drodze? Zapraszamy do Marysina w Warszawie Auto części, upominki, zabawki a…po wejsciu do sklepu wiele innych niespodzianek

Poniżej zdrobnienia dla dorosłych :)

Co można znaleźć na strychu? Na przykład dziwnie ogromną żarówkę- działa! :)

Ciekawostka z ostatnich dni. Jest piękny poranek. Sama w domu. Ktoś dzwoni do furtki i strasznie ciśnie dzwonek jakby się paliło. Zostawiam gary i biegnę z cieknącą pianą po rękach do furki. Młody Pan w odświętnym garniturze patrzy wymownie na moje wielkie, jasnoróżowe kapcie z lśniącym sercem, które Body w afekcie podarował mi na Gwiazdkę, i nie odrywając od nich wzroku bardzo poważnym tonem mówi “Chciałbym rozmawiać z właścicielem tej posesji”… Odpowiadam “Tak, słucham Pana…”. On trochę zmieszany pyta, czy słyszałam o nowej telewizji “N” … A że mi się coś obiło o uszy, więc mówię niepewnie “Taaak, a co?” Na co Pan pewnym ruchem ręki, wcale nie patrząc w moją stronę, szarpie za klamkę i  cedzi  “To ja wejdę i wszystko Pani dokładnie wytłumaczę”. Zamknięte. Uśmiecham się słodko i mówię, że ja dziękuję, że nie mam telewizora i wcale go nie potrzebuję…Pan rozgląda się po ogródku i mówi z dumą “To nic, jak Pani skorzysta z oferty, to na pewno kupi Pani telewizor. Chociażby po to, aby zobaczyć za co Pani płaci…Zapewniam Panią!”…

Wybuchnęłam serdecznym śmiechem. Pan niczym nie zmieszany, ukłonił się i odszedł bardzo zdziwiony…

:)

PSIEJSKO- CZARODZIEJSKO… KUSFELD CZĘŚĆ 2

•czerwiec 9, 2008 • Komentarzy: 4

Tym razem bajki nie będzie. To był zlepek bardzo udanych chwil i już. I tak, raz przyglądaliśmy się z Padre jak panowie śmigają na skuterach i słuchaliśmy rozmów surferów pomiędzy rundami, innym razem bawiłam się w paparazzi, przyglądałam się jak tatowie puszczają córkom latawce, a potem młodzi zagrzebują się w piachu. Robiliśmy z Body fikołki i podskoki, jedliśmy naleśniki z anielicami i halibuta w koprze i niedobrą flądrę, naprawialiśmy anielicom samochód, Body właził do wody, zamontowaliśmy trąbkę od Serka i słuchaliśmy opowieści Pani Stefy, i… Ale wszystko od początku, to znaczy nie naraz. Chociaż tak naprawdę chronologia jest tu zbyteczna, czas bowiem w Kuźnicy nie istniał. Było jak na wakacjach kiedyś tam…. w dzieciństwie. Na wesoło, na luzie, wszystko jedno, czasem psiejsko- czarodziejsko…

Pojechałam do Kuźnicy wcale nie po to, by spotkać się z morzem. Chciałam po prostu odpocząć w doborowym towarzystwie Body’ego, Padre i Hanki z Aśką. Pospacerować, odetchnąć od spalin, nie spędzać ani odpędzać czasu, nie liczyć go, nie mierzyć ani nie ważyć. Tak po prostu i zwyczajnie beztrosko nacieszyć się chwilą, kiedy to w końcu można bezkarnie przeleżeć cały Boży dzień. Na dodatek w piachu, bo to nawet wypada, i pogapić się gdzieś i na kogoś… Toteż tym razem obyło się bez nostalgicznych podróży w siebie, myśli z głębin, bez prawd prosto w oczy, nawet bez koślawych wspomnień i rzewnych podsumowań oraz tego wszystkiego, o czym napisałam o morzu kiedyś tam.

Ale żeby nie było, że wszystko przewróciło się do góry nogami i żadnych repet nie było. Spacery przesłodkie były i owszem, i widoki też, piękne, nieziemskie, niezwykłe, niepowtarzalne. Jak zwykle. I tylko tam. Pierwszy taki widok podziwialiśmy przed piątą nad ranem, zaraz po przyjeździe. Wypakowaliśmy na moją prośbę tylko najpotrzebniejsze rzeczy (czyli prawie wszystkie), podziękowaliśmy jeszcze nieprzytomnej od snu Pani Stefie, która jedną ręką już podlewała swoje róże, a drugą trzymała szlafrok mocno pod szyją. I wcale nie chciała nam uwierzyć, że w Warszawie pada deszcz, więc lała i lała wodę w te róże taką wielką, blaszaną konewką. My też nie uwierzyliśmy, że nie spadnie deszcz, więc powiedzieliśmy Padre dzień dobry- dobranoc, chwyciliśmy się za ręce i pobiegliśmy na wschód (słońca oczywiście). Potem, gdy zachodziło, chodziliśmy raz na jedną, raz na drugą stronę- z Zatoki na plażę, trzysta metrów w te i we wte i wszędzie było ach! i och!

Słodycz pejzaży równoważył widok ptaków jedzących ryby. Nie mówię o młodych łabędziach w Zatoce wiecznie z wystającymi kuprami, z głowami pod wodą. Chodzi mi o tego ptaszka poniżej. I tak, raz siedzieliśmy z Padre w porcie i oglądaliśmy jak szarpał za głowę wijącą się z przerażenia rybę, obracał ją w dziobie, miażdżył i memłał, aż ją- tę głowę na tyle zmasakrował, że udało mu się ją- tę rybę, wepchać sobie całą do gardła, że tylko ogon mu z dzioba wystawał. A potem pływał spokojny, że mu już zdobycz z szyi nie wyskoczy, ani się w niej rzucać nie będzie i cierpliwie czekał aż ruch robaczkowy wyciśnie mu ją z szyi prosto do brzucha. Za chwilę jego ciało znów wróciło do swoich kształtów, a głowa pod wodę…. Padre się uśmiechnął: „Patrz Ania, taki mały ptaszek, a na pewno już zjadł co najmniej ze cztery takie ryby i nadal poluje, a my już po jednej dziękujemy, hmmm?…” Uśmiechnęłam się również, ale przez następne kilka godzin z góry za wszystko dziękowałam.

Dopiero wieczorem na późny obiad zamówiliśmy ryby. Starałam się zapomnieć o ptaszku i myśleć o koprze. Tak, o koprze, bo najlepsza ryba to halibut w koprze- w porcie we Władku (znanym jako Władysławo) na ul. Portowej 15. I tylko tam. Jeśli ktoś ma inne zdanie, to bardzo dobrze, zapraszam, niech się pochwali, sprawdzę. Jadłam ryby i w Jastarni, nawet w Kuźnicy, i na Helu, i innych lokalnie otwartych „smażalniach”, i po kilku wizytach w tej części ojczystego wybrzeża nadal uważam, że są tylko dwa rodzaje halibuta w koprze. Z Władka i nie z Władka. I na tym kończą się zalety tego miasteczka. A! Przepraszam, ma też bankomaty. I basen. Podobno olimpijski. Ale o tym innym razem.